poniedziałek
| 16 września 2019

Po okresie złodziejskiej prywatyzacji lat dziewięćdziesiątych polscy rolnicy pozostawieni zostali w niezwykle trudnej sytuacji. Wyprzedaż majątku ziemskiego, zakładów produkcyjnych, skupów, przetwórni i innych podmiotów definiujących kształt rodzimego rynku rolno-spożywczego odcisnęła piętno na przyszłości. Dziś obszary byłych PGR-ów stanowią okręgi o najwyższym bezrobociu strukturalnym. Wspomniane zakłady w większości znajdują się obecnie w rękach obcego kapitału. Na wielu rynkach panuje swoisty oligopol zawiadywany przez niemieckich, francuskich, chińskich czy ukraińskich dróżników.


Rozdrobnienie produkcji rolnej w Polsce wciąż jest ogromne. Zaledwie 30% gospodarstw w naszym kraju to tak zwane gospodarstwa duże, czyli o powierzchni przekraczającej 50 ha. Cała reszta – według danych Głównego Urzędu Statystycznego – to niewielkie przedsiębiorstwa rodzinne. Rolnik– nazwijmy go Kowalskim – w Polsce gospodaruje średnio na areale wynoszącym 10,8 ha. Występują tu – rzecz jasna – znaczne dysproporcje między poszczególnymi województwami. Pokrywają się one w dużej mierze z granicami dawnych zaborów, choć nie zawsze jest to regułą.


W województwie zachodniopomorskim średnia wielkość gospodarstwa wynosi przeszło 30 ha, w warmińsko-mazurskim 23 ha, w lubuskim 21 ha, a w pomorskim 19 ha. Na antypodach znalazły się województwa: małopolskie – 4,1 ha, podkarpackie – 4,8 ha czy świętokrzyskie – 5,8 ha. Niezależnie od tego, jak uśrednimy powierzchnię areału, polskie gospodarstwa są najzwyczajniej małe. Co ważne, przeciętną wartość zawyżają rynkowi potentaci, którzy w swoich rękach potrafią skupić nawet ponad tysiąc hektarów użytków i nieużytków rolnych.


Niewielki jest też poziom uspółdzielczenia naszych rolników. Wskaźnik zorganizowania gospodarstw to zaledwie 15–20%, czyli nawet o około 80% mniej niż w najsilniejszych rolniczo krajach Europy Zachodniej. Brak wspólnego gospodarowania przekłada się na zmniejszoną pozycję negocjacyjną i brak możliwości prowadzenia intratnego eksportu przez małych dostawców.


Polska otrzymuje też niewiele ponad 80% unijnej średniej dopłat obszarowych, co tylko pogłębia dysproporcje między nami a naszymi zachodnimi sąsiadami. Ta tendencja zapewne będzie się utrzymywać, ponieważ za zwiększonym strumieniem funduszy podąża wzrost mechanizacji, a co za tym idzie – wydajności i dochodowości. Tworzy się tu jednak rodzaj błędnego koła, w którym państwa członkowie Unii Europejskiej, gdzie dopłaty stanowią największą część ogólnego dochodu gospodarstw rolnych, notują najniższe wskaźniki dochodowości i wydajności. W tej grupie – niestety – znajduje się także Polska.


Te wszystkie czynniki sprawiają, że krajowi rolnicy pozostają w tyle za zachodnimi kolegami, którzy w wielu przypadkach rozdają karty zarówno na rynkach światowych, jak i na naszym wewnętrznym podwórku.


Dlatego właśnie dobrym ruchem było wprowadzenie ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi. Jest to akt prawny, który po części ratuje rodzimych dostawców i daje im silny oręż w nierównej walce z rynkowymi potentatami. To szczególny rodzaj oddechu dla producentów owoców miękkich, warzyw korzeniowych, buraków cukrowych, jabłek czy gruszek, ale także szeregu innych przedsiębiorców rolnych.


Obowiązujące w ostatnich latach regulacje prawne szczególną ochroną obejmowały tylko relacje handlowe, których finansowe ramy przekraczały 50 tys. złotych, a roczny obrót przynajmniej jednego z kontrahentów opiewał na nieosiągalną dla małych rolników kwotę 1 mln złotych. Efektem działania takiego prawa było faworyzowanie dużych i ewentualnie średnich producentów rolnych, którzy często i tak radzili sobie przy pomocy renomowanych kancelarii prawnych.
To doprowadziło do absurdalnej sytuacji, w której wspomniani producenci owoców miękkich dostawali od skupów za owoce swojej pracy 2 zł/ kg za maliny, 1,25 zł/kg za wiśnie czy 0,5 zł/kg za czarną porzeczkę. Ceny na sklepowych półkach wahały się natomiast w granicach kolejno 15 zł, 6 zł czy 16 zł za kilogram. Tylko w ubiegłym roku, po największej od lat suszy, wielu plantatorom nie opłacało się zbierać owoców ze względu na ceny, które sytuowały się zdecydowanie poniżej kosztów produkcji. W rachunku ekonomicznym nie było zatem miejsca dla pracowników, którzy tymże zbiorem mogliby się zająć. Nie było też zysku dla przedsiębiorcy. W zamian polski rynek rolny otrzymał falę bankructw i spadek produkcji oraz eksportu w całym niemal sektorze. Nie pomogły nawet rekordowe rządowe rekompensaty w wysokości przeszło 2,5 mld zł. Mimo fatalnych realiów, z którymi radzić musieli sobie rolnicy, zagraniczne koncerny pozostawały w dobrej kondycji.


Teraz sytuacja wydaje się nieco lepsza. Zgodnie z treścią przywołanej ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi zniesione zostały ograniczenia wynikające z wartości obrotu między podmiotami, co spowodowało rozszerzenie katalogu przedsiębiorstw chronionych prawem i włączenie do tego grona najmniejszych rodzinnych dostawców, czyli… większości polskich rolników.
Wcześniej gospodarze bali się zgłaszania nadużyć do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, mając w głowie potencjalne rozgoryczenie niemieckich, francuskich czy chińskich odbiorców, którzy mogli przecież w przyszłości zrezygnować z usług niskotowarowego rolnika. Dlatego od ubiegłego roku wszelkie tego typu zgłoszenia kierowane do UOKiK mają charakter anonimowy i wielokanałowy. Rolnicy skorzystać mogą z poczty elektronicznej, telefonu czy tradycyjnej poczty i „naskarżyć” na odbiorcę towarów, który w ich odczuciu nagina lub łamie obowiązujące prawo, korzystając z nieuczciwej przewagi kontraktowej.
Dziś Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta ma obowiązek przyjrzenia się każdemu zgłoszeniu, a w przypadku stwierdzenia naruszenia przepisów prawa jego decyzje zyskały rygor natychmiastowej wykonalności. Same kary mogą pełnić rolę prewencyjną, ponieważ ich wysokość sięgać może 3% obrotu podmiotu działającego w niezgodzie z prawem w roku poprzedzającym nałożenie kary.


Już dziś w oczy rzuca się wzmożona aktywność działań UOKiK, który na celownik wziął dziesiątki firm z wielu kluczowych dla sektora rolnego obszarów. Badane są zarówno spółki cukrowe, odbiorcy ziemniaków i mięsa, jak też skupy owoców. W najbliższym czasie spodziewać się należy dalszego rozwoju działań urzędu w tej sprawie, co potwierdzają sami pracownicy instytucji.


W krajach Unii Europejskiej problem wykorzystywania nieuczciwej przewagi kontraktowej – poza twardymi regulacjami prawnymi – rozwiązywany jest też dzięki mającym znaczną moc sprawczą Kodeksom Dobrych Praktyk Handlowych, które rozciągają się na cały łańcuch dostaw żywności.


Ustawa jest jednak tylko jednym z elementów niezbędnych do właściwego zarządzania krajowym rynkiem rolno-spożywczym. Zapowiedzi Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi każą myśleć o przyszłości ochrony polskich rolników z pewną dozą optymizmu. Czas najwyższy.


Czy obowiązujące w naszym kraju regulacje prawne właściwie chronią rolników w walce z rynkowymi gigantami? Odpowiedź jest jednoznaczna: nie. Czy jednak rząd zrobił cokolwiek, aby tę sytuację naprawić?

 


Jacek Podgórski
fot.: Pixabay


Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.