Talk icon

Blog

01-06-2022

Autor: Jan Krzysztof Ardanowski

Susza rolnicza wymaga działań związanych z retencją

Jan Krzysztof Ardanowski

Susza rolnicza została odnotowana w 14 województwach – zakomunikował Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa. Aktualna sytuacja hydrologiczna kraju jest bardzo trudna. Praktycznie w całym kraju brakuje wody w glebie.

Dlaczego susza rolnicza wraca do nas każdego roku?

Problem należy rozpatrywać z kilku punktów widzenia. Z jednej strony mamy sporo gleb słabych, piaszczystych, które, przy braku próchnicy, nie zatrzymują wody i są właściwie zawsze podatne na suszę glebową. Z drugiej zaś opady z roku na rok są skromniejsze i jednocześnie nieregularne, często gwałtowne, powodujące erozję glebową i bezproduktywnie, niezatrzymywane w glebie, czy w zbiornikach, odpływające do Bałtyku. Susza, to zjawisko, które w ostatnich latach, praktycznie występuje co roku, jeżeli nie na terenie całego kraju, to na znacznej jego powierzchni. Jest to element zmian klimatycznych, ale to też problem nieumiejętności zatrzymywania wody. Działania związane z retencją są potrzebne. Powinny być naturalną odpowiedzią na zmiany klimatyczne. Trudno pogodzić się z tym, że 94 proc. wody z opadów odpływa do morza. Ta woda powinna być do wykorzystywana dla gospodarki, w tym również dla rolnictwa, a także wpływać na lokalny mikroklimat i wzrost  wilgotności tworzącej chmury. Niestety, tutaj się od wielu lat niewiele dzieje. Tworzenie dużych zbiorników retencyjnych, szczególnie w korytach rzek, jest kosztowne, ale także tego typu budowlom towarzyszy inne zagrożenie – zawsze w tego typu przypadkach jest zdecydowana akcja tzw. "ekologów". Oni nie chcą do tego dopuścić, uważają, że jest to szkodliwe z punktu widzenia przyrody. Rozmawiałem kiedyś z szefem WWF Polska, który mówił, że należy zlikwidować uregulowania wszystkich rzek w Europie i na świecie, czyli zlikwidować tamy, wały ochronne, a rzeki powinny być renatulizowane, czyli wrócić do swoich pierwotnych koryt. Odebrałem to jako kuriozum.

To znaczy, że mamy się cofnąć do epoki kamienia łupanego, bo, mniej więcej, wtedy rzeki nie były regulowane. Ja się na to nie godzę. Przykładem działań "ekologicznych" jest blokowanie bardzo ważnej, jednej z najważniejszych w Polsce inwestycji retencyjnych, planowanej już parędziesiąt lat temu, czyli budowy kolejnego stopnia wodnego na Wiśle poniżej Włocławka. Cóż z tego, że były deklaracje, decyzje, porozumienia resortów, jeżeli cały czas jest to blokowane przez organizacje "ekologiczne"?

Jan Krzysztof Ardanowski

Obok retencji "dużej" innym problemem jest mała retencja na obszarach wiejskich. Nie potrzeba wielkich pieniędzy, żeby zatrzymać wodę w stawie czy jeziorze. Do retencji można by wykorzystać systemy melioracyjne, zarówno otwarte, czyli w postaci rowów, a także  zakryte,  czyli drenarskie. Jednak dla podjęcia działań na rzecz małej retencji musi być przyzwolenie i prawna zgoda. Zasady obecne są niejasne i krępujące. Rolnik, który chce podjąć się zatrzymania wody, nie może tego legalnie zrobić, bo wymaga to zgody Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. Potrzebne są urzędowe pozwolenia, zezwolenia, wykonanie analiz dot. oddziaływania na środowisko – to są jakieś absurdy! Chodzi o spiętrzenia , które rolnik  chce wybudować np.  z drewna, czy nawet z worków (big-bagów) wypełnionych ziemią. Są zresztą opracowane przez polskie instytuty naukowo-badawcze różnego rodzaju zastawki, które mogą być okresowo wykorzystywane do zatrzymania wody. To wszystko można by robić, gdyby było stworzone w tym celu odpowiednie prawo.

Podczas kampanii wyborczej Prezydenta Andrzeja Dudy, któremu bardzo na retencji zależało, została przygotowana przez cztery resorty ustawa o małej retencji. Koordynowałem prace tych kilku resortów, czyli Ministerstwa Środowiska, Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej,  Rolnictwa, Infrastruktury, (bo przecież również i woda z dróg musi być gdzieś zagospodarowana).  Lasy Państwowe również były w to włączone. Niestety, mijają dwa lata i w tej materii nic się nie dzieje. Sprawa została odłożona – nie wiem, czy „ad calendas graecas”, czy jakieś inne czynniki decydują, że nikt nie chce tego ruszyć.

Sprawa zatrzymania wody wymaga nowych rozwiązań. Widzę tutaj dużą opieszałość, w stosunku do tego, co było już gotowe. Mówię o tym wprost – gotowe wiosną 2020 roku. Dwa lata mijają, nic się z tym nie dzieje, a brak retencji ma silny wpływ na zjawisko suszy. 

Trzeba także postawić pytanie "jaka powinna być rola państwa w zapobieganiu, ale także zwalczaniu skutków suszy?".

Jak państwo może pomóc w walce z suszą rolniczą?

Susza rolnicza jest zjawiskiem niejednoznacznym, zależnym od wielu czynników, nie tylko od wielkości opadów. Okazuje się, że często na tym samym terenie, gdzie opady są takie same – u jednych rolników plony są zadowalające, u innych są katastrofalne niskie. Rolnicy nie chcą często przyjąć do wiadomości, że to, czy rośliny mają wodę, czy zasychają, w dużej mierze zależy od nich. Słyszę często te opory, kiedy tłumaczę, że na niektórych typach gleb, tych bardzo słabych, przesuszających się, które nie trzymają wody, uprawianie roślin, mających wysokie wymagania wodne, jak np. kukurydza, jest po prostu bez sensu. Każdy, oczywiście, sam podejmuje decyzję o doborze roślin i, w związku z tym, sam ponosi ryzyko.

Jeżeli trafiłby się rok "przekropny", jak mówią rolnicy, to owszem wspomniana kukurydza da dobre plony. Natomiast jeżeli rok jest suchy, to nie ma cudów. Nie będzie żadnego plonu. Rośliny zostaną praktycznie zniszczone. Dość powiedzieć, że kukurydza potrzebuje pięć razy więcej wody niż pszenica. Ma całkiem inny system fotosyntezy. To wszystko trzeba  brać pod uwagę. Na glebach słabych nie można prowadzić upraw, które nie są odporne na niedostatki wody w glebie.

Trudno sobie wyobrazić, że opady będą dopasowane dokładnie do okresów wegetacyjnych roślin — to jest niemożliwe. Opady są coraz bardziej nieregularne i powinny być w maksymalnym stopniu zatrzymane w glebie, a o tym decyduje zawartość próchnicy. To ona tworzy kompleks sorpcyjny, działa jak gąbka. Jeżeli gleby nie są odpowiednio zadbane, jeżeli nie ma dostarczenia substancji organicznej, z której, w skomplikowanych procesach, powstaje próchnica, jeżeli nie ma odpowiedniej dla danego typu  kwasowości gleby, to trudno sobie wyobrazić, że ta gleba zatrzyma wodę. Woda przepłynie przez glebę i ucieknie gdzieś w głębsze warstwy ziemi, nieosiągalne dla korzeni roślin.

Umiejętność zapobiegania suszy , czy, szerzej, gospodarowania wodą w glebie, była związana z empiryczną wiedzą rolników. Nasi dziadkowie i ojcowie wiedzieli, jak uprawiać każdy typ gleby, pamiętali i wiedzieli, że od wczesnej wiosny trzeba wilgoć w ziemi zatrzymać przez system uprawek przedsiewnych, czy pielęgnacyjnych. Od wczesnej wiosny w użyciu była włóka i lekkie brony polierki, a nie czekanie, żeby jednym przejazdem na początku, czy w połowie maja uprawić pole i zasiać kukurydzę. Wiedzieli także, że trzeba zwiększać zasobność w substancję organiczną, czyli nawożenie organiczne, siew poplonów ozimych, międzyplonów, utrzymania okrywy roślinnej przez praktycznie cały rok, również okrywy w czasie zimy, żeby zatrzymać wilgoć z tych coraz mniejszych ilości śniegu. Niezależnie od stosowania zabiegów zatrzymujących wodę w glebie, przezorni ubezpieczali swoje uprawy, szczególnie te cenniejsze.  Niestety, system ubezpieczania upraw w Polsce słabo działa. Jest ubezpieczone ok. 30 proc. użytków rolnych, pomimo tego, że państwo dopłaca 65 proc. składki ubezpieczeniowej. Oczywiście, towarzystwa ubezpieczeniowe nie są bez winy, ale poprawa w tym zakresie się dzieje. Problemem jednak jest to, że wielu rolników po prostu nie chce się ubezpieczać, licząc na to, że jak pojawi się masywna susza, to rząd udzieli wsparcia z budżetu. Rząd, w którym byłem ministrem rolnictwa, na mój wniosek, nie zostawił rolników w potrzebie i w latach 2018/19 udzielił ogromnej pomocy "suszowej" w kwocie 4,5 mld złotych. Jednak trzeba przyznać, że system szacowania strat przez specjalne komisje społeczne, był wadliwy i często nieuczciwy. To, że roślina na polu wygląda słabo, nie znaczy, że przyczyną jest akurat susza. Zły stan roślin może być wynikiem błędów agrotechnicznych, czy niewłaściwego stosowania nawozów, środków ochrony roślin, niewłaściwego doboru roślin do typu gleby, nieodpowiedniego pH itd.

Jestem przekonany, że w sytuacjach ekstremalnie trudnych gdzie ubezpieczenia sobie nie poradzą, państwo musi udzielić pomocy, tak jak ja zrobiłem to 2018 i 2019 roku. Ta pomoc, chociaż niektórzy ją kwestionowali, uratowała wtedy część gospodarstw przed upadkiem. Państwo musi być przygotowane do tego, żeby pomóc. Podstawowym systemem zabezpieczenia przed klęskami żywiołowymi powinien być jednak system ubezpieczeń w rolnictwie. Musi natomiast działać system oceny nie "na oko" przez nieprzygotowane do tego tzw. komisje społeczne. System obiektywny, który na podstawie dokładnej analizy gleb w Polsce, mapy gleb, rozkładu opadów, mierzonego  nie tylko ze stacji meteorologicznych (tych stacji jest wystarczająca ilość), ale również satelitarnych, danych IMiGW, określa gdzie, na jakim terenie wystąpiła susza i w jakich roślinach wystąpiła susza. Gdyby ktoś na Saharze chciał uprawiać jakieś rośliny, to będzie miał suszę cały czas. Nie o to chodzi, żeby płacić za błędy w doborze roślin ze strony rolnika. Natomiast w sytuacji, gdzie uprawia się rośliny przewidziane dla danego typu gleby, odpowiednie w zakresie zapotrzebowania na wodę, charakterystycznego dla określonej struktury gleby, to tam, jeżeli system ubezpieczeniowy by nie zadziałał, to wtedy państwo musi zareagować, wypłacając rolnikowi wsparcie, bo inaczej gospodarstwo może upaść.

Czytaj także: Michał Urbaniak: Retencja? Widać brak koordynacji działań

swiatrolnika.info 2022