Portal rolniczy - porady dla rolnika - informacje agro
Portal rolniczy - porady dla rolnika - informacje agro
Kaptan twitter swiatrolnika.info youtube swiatrolnika.info
Autor: Świat Rolnika 12-10-2015 01:00:00

Jesteśmy gospodarczą kolonią?

Jesteśmy gospodarczą kolonią?

Największe wyzwanie jakie stoi dziś przed Polską? Przezwyciężenie naszego neokolonialnego statusu. Po roku 1989 zostaliśmy pchnięci na ścieżkę rozwoju zależnego. Zależnego – w zbyt dużym stopniu, bo przeciwieństwem nie jest oczywiście autarkia, lecz nowocześnie rozumiana gospodarka narodowa - od zewnętrznego kapitału i gospodarczo-politycznych centrów, z których on pochodzi. Takich jak Berlin, Waszyngton czy Paryż. Tylko w samym 2013 r. zagraniczne podmioty wyprowadziły z Polski 82 mld zł. zysków. Piotr Kaszczyszyn i Paweł Grzegorczyk w rozmowie z redaktorem naczelnym Nowej Konfederacji, Bartłomiejem Radziejewskim.

Największe wyzwanie jakie stoi dziś przed Polską? Przezwyciężenie naszego neokolonialnego statusu. Po roku 1989 zostaliśmy pchnięci na ścieżkę rozwoju zależnego. Zależnego – w zbyt dużym stopniu, bo przeciwieństwem nie jest oczywiście autarkia, lecz nowocześnie rozumiana gospodarka narodowa - od zewnętrznego kapitału i gospodarczo-politycznych centrów, z których on pochodzi. Takich jak Berlin, Waszyngton czy Paryż. Tylko w samym 2013 r. zagraniczne podmioty wyprowadziły z Polski 82 mld zł. zysków. Piotr Kaszczyszyn i Paweł Grzegorczyk w rozmowie z redaktorem naczelnym Nowej Konfederacji, Bartłomiejem Radziejewskim.

Szukając wiodącej myśli czy wspólnego mianownika dla kolejnych numerów Nowej Konfederacji zwróciliśmy uwagę na postkolonializm- pojęcie wywodzące się z teorii literatury, silnie eksploatowanego przez środowiska lewicowe. I tutaj pojawiła się wątpliwość. Czy nie jest tak, że postkolonializm jest tak szerokim pojęciem, że można pod niego podłożyć dowolną diagnozę? Trochę jak wolny rynek czy socjalizm, wykorzystywane głównie jako „pałki” w ideologicznej wojnie. 

Muszę zacząć od uporządkowania pojęć. Postkolonializm i neokolonializm to dwie różne diagnozy. Pierwsza mówi, że kolonializm jest przeszłością, druga - że teraźniejszością. W Polsce obie mają zastosowanie, choć postkolonializm jest błędny, gdy mówi, że kolonizacja jest już za nami. Świetnie natomiast opisuje negatywny bagaż kulturowy wynikający z długotrwałego podporządkowania, nawykami niewolniczymi, których ciężko pozbyć się nawet w sytuacji, gdy kolonizatora już nie ma, a kraj odzyskał niezależność. W przypadku Polski diagnoza postkolonialna jest szczególnie wartościowa w kontekście analizy czasu zaborów, czy PRL-u, bo w obu tych przypadkach byliśmy ofiarami kolonizacji.

Natomiast pojęcie neokolonializmu pozwala znacznie lepiej zrozumieć, co się stało z Polską po 1989 r.: cichy podbój przez Zachód, pełen przyjacielskiej, filantropijnej wręcz retoryki. Przechwycenie najbardziej intratnych sektorów gospodarki i pchnięcie kraju na ścieżkę tzw. rozwoju zależnego. Zależnego – w zbyt dużym stopniu, bo przeciwieństwem nie jest oczywiście autarkia, lecz nowocześnie rozumiana gospodarka narodowa - od zewnętrznego kapitału i gospodarczo-politycznych centrów, z których on pochodzi. Takich jak Berlin, Waszyngton czy Paryż.

Do czego w praktyce sprowadza się różnica między tymi diagnozami? Postkolonializm mówi, że głównym problemem jest pochodząca z przeszłości mentalność. Wystarczy więc wyzwolić umysł, żeby się z tego wydobyć. Jednak dzięki diagnozie neokolonialnej wiemy, że to naiwność: na straży naszej zależności stoją bowiem wielomiliardowe interesy zachodnich firm i wspierających je rządów. Każda próba ich naruszenia spotka się więc z silną reakcją obronną.

Wracając teraz do waszej tezy: twierdzenie, że to ogólniki, pod które można podciągnąć cokolwiek, jest moim zdaniem absurdalne. Ta diagnoza jest w radykalnej kontrze do dominujących w naszym kraju od ćwierćwiecza narracji o „najlepszym okresie w historii Polski”, „wielkim reformatorze Balcerowiczu” i tak dalej. Ludzie głoszący tak rozumianą teorię neokolonialną, w tym część środowiska Nowej Konfederacji (a wśród nich ja), nieustannie obrywają z różnych stron.

Zróbmy w takim razie małe „sprawdzam”. Przerwa w zajęciach, stoimy z kolegą przy automacie z kawą i próbujemy mu wytłumaczyć w 30 sekund o co chodzi z tym neokolonializmem. Wstajesz rano i idziesz po bułki na śniadanie do Biedronki, która jest portugalska. Po południu wsiadasz do swojego amerykańskiego Opla i jedziesz do francuskiego Carrefoura zrobić zakupy, bo wieczorem spotykasz się ze znajomymi na domówce. Po północy pojawia się mały głód więc idziecie na hot doga. Po drodze okazuje się, że nie masz gotówki, więc wybierasz pieniądze z bankomatu swojego hiszpańskiego banku. Czy to dobra opowieść o współczesnym polskim neokolonializmie?

Trafiająca do wyobraźni, ale to wciąż tylko opis sytuacji, pozbawiony interpretacji. Nasz kolega mógłby wzruszyć ramionami i powiedzieć no i co z tego? Mamy globalną konkurencję, więc nie ma nic złego w smacznych hot dogach z Carrefoura. Tymczasem istotą neokolonializmu jest fakt, że kupując tę parówkę z sosem meksykańskim dokładamy swoją cegiełkę do procesu wielomiliardowego drenażu polskiej gospodarki.

Na potrzeby analizy tego zjawiska ukułem pojęcie renty neokolonialnej. Na czym ona polega? Istnieją dwie drogi drenażu polskiej gospodarki, a tym samym pobierania renty neokolonialnej przez zagraniczne firmy. Pierwsza, legalna to wyprowadzanie części zysków zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami podatkowymi. W roku 2013 było to w sumie 82 mld złotych, czyli równowartość 5% polskiego PKB. Kwota większa niż łączny budżet Ministerstwa Zdrowia i NFZ oraz dwa i pół razy tyle, ile wynosi budżet MON. Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że w ciągu ostatnich 10 lat drenaż wzrósł radykalnie: z 1,7 proc. ówczesnego PKB do 5 proc. dzisiejszego (prawie dwa razy wyższego).

Druga, nielegalna metoda opiera się na manipulacji tzw. „cenami transferowymi”. Nie mogąc wysłać legalnie do centrali tyle, ile by się chciało, sprzedaje się jej wytwarzane na miejscu produkty po zaniżonych cenach, a kupuje od niej po zawyżonych. Przykład: filia zachodniego banku w Polsce zleca stworzenie koncepcji logotypu. Na ile można wycenić taką usługę? Jeden zrobi to za tysiąc złotych, a drugi za milion. W ten sposób otwiera się szerokie pole do kreatywnych manipulacji.

Szukając śladów tych nielegalnych drenaży warto zwrócić uwagę na saldo błędów i opuszczeń w Bilansie Płatniczym RP. Jak wskazują teoretycy peryferyjności i neokolonializmu, tacy jak Immanuel Wallerstein, kryzysy są momentami, kiedy poziom drenażu peryferii przez centrum wzrasta. Po wybuchu kryzysu finansowego saldo błędów i opuszczeń skoczyło w Polsce o ok. 40 mld złotych. Szkoda tylko, że choćby w przeciwieństwie do Indii, jesteśmy pozbawieni instytucji wyspecjalizowanej w walce z takimi metodami twórczego wyprowadzania pieniędzy z naszej gospodarki. Zamiast tego mamy panią Krysię z Urzędu Kontroli Skarbowej, która wchodzi do siedziby zagranicznego holdingu na kontrolę. Wychodzi uradowana, że przyłapała firmę na nieprawidłowościach w CIT rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Jednak jeszcze większą radość odczuwa po jej wyjściu zarząd holdingu, który, manipulując właśnie cenami transferowymi, wyprowadził z Polski kilkadziesiąt milionów złotych. Pani Krysia nie ma o tym rzecz jasna zielonego pojęcia, nie wie nawet jak się do tego zabrać.

Jan Sowa w wywiadzie dotyczącym swojej nowej książki Inna Rzeczpospolita jest możliwa! postawił zdecydowaną tezę, twierdząc, że Polska jaką znamy dzisiaj zniknie w 2020r. Ma się to wiązać z wyczerpaniem obecnego modelu gospodarki opartej na taniej sile roboczej, końcem funduszy unijnych, dramatycznych wskaźnikach demograficznych. Co ciekawe, biorąc udział w dyskusji panelowej w czasie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, po przywołaniu przez nas tych tez, przedstawiciel organizacji Młodzi Reformują Polskę stwierdził, że owszem mamy rację, ale jesteśmy nieprecyzyjni co do daty. Koniec Polski nastąpi bowiem w roku 2032 r. i oni to wyliczyli.

Nie znam tych wyliczeń i jestem mocno sceptyczny wobec prób tak szczegółowego przewidywania przyszłości. Ale kierunkowo uważam te prognozy za słuszne, niestety. Rzecz w tym, że coraz wyraźniej wyczerpuje się nasz neokolonialny model rozwoju. On może przynieść - i przyniósł Polsce – krótkofalowe zyski. Problem w tym, że z czasem cena za krótkowzroczną wyprzedaż sreber rodowych jest coraz wyższa. To trochę tak jak z zyskami z własnej firmy. Można ją napompować i sprzedać przy pierwszej okazji. Albo oprzeć się pokusie, zamiast spieniężać doinwestować, i po jakimś czasie mieć z tego źródło wysokich dochodów do końca życia. Długofalowy bilans będzie miażdżąco niekorzystny dla pierwszego z tych modeli.

Dominujące w Polsce od 1989 r. elity wybrały pierwszą drogę. I negatywne skutki ich decyzji są coraz bardziej widoczne. Dwucyfrowe bezrobocie pomimo dwumilionowej emigracji,  perspektywa utknięcia w tzw. pułapce średniego dochodu (czyli, mówiąc po ludzku, ugrzęźnięcia w miernocie), rosnąca renta neokolonialna. Do tego dochodzi postępująca korozja rdzeniowych części państwa, takich jak edukacja, centrum rządu czy wymiar sprawiedliwości. I jeszcze radykalnie zagęszcza się sytuacja międzynarodowa.

I co? Żaden polityk nie zgłasza wiarygodnych propozycji rozwiązania tych problemów, a media głównego nurtu – i lewicowe, i prawicowe – mielą w kółko jakieś pierdoły, które nasi politykierzy im podrzucają. Potrzebujemy na gwałt nowych elit, bo obecne po prostu nie mają kwalifikacji do kierowania krajem takim jak Polska.  

Zatrzymajmy się na moment przy funduszach unijnych, które są świetnym przykładem rozwoju zależnego. Sprawiają, że nasz rząd i administracja skupiają się na ściąganiu pieniędzy z kolejnych programów operacyjnych, przy okazji zaciągając często kredyty na pokrycie wkładu własnego. W konsekwencji zamiast tworzyć własną wizję rozwoju Polski, dostosowują się do wytycznych z Brukseli. Wymownym przykładem tej praktyki były spoty wyborcze PO o 300 mld złotych z UE.

Po pierwsze, myślę, że warto odczarować propagandę narosłą wokół funduszy unijnych, mówiącą o nieprawdopodobnym rozwoju związanym z ich pozyskiwaniem. W raporcie MSZ wydanym w związku z 10-leciem obecności Polski w UE - który trudno podejrzewać o zaniżanie wskaźników ze względu na jego wyraźnie propagandowy, euroentuzjastyczny charakter – stoi jak byk, że członkostwo w Unii zwiększyło nasz wzrost PKB o 0,7 pkt procentowego rocznie. Mówienie o cudzie czy choćby tylko dużym przyśpieszeniu to więc w świetle faktów zwykłe zaklinanie rzeczywistości.

Po drugie, w Polsce zapanowała kompletna głupawka jeśli chodzi o fundusze unijne. Poziom przestawienia kadry urzędniczej, ale też języka eksperckiego czy politycznego na kwestie współczynnika absorpcji środków unijnych jest absolutnie nieadekwatny tak do ich wielkości, jak i do skali problemów stojących przed naszym krajem. Funkcjonowanie polskiej dominującej elity urzędniczo-ekspercko-politycznej w oparciu o wdrażanie programów unijnych i pisanie unijnych grantów to jest droga donikąd; ćwierćśrodek, który nie zastąpi nam wizji długotrwałego rozwoju.

Zrobiło się naprawdę ponuro. Spróbujmy więc naszkicować plan upodmiotowienia Polski i wyjścia z tej neokolonialnej pułapki. Nasze portfele podpowiadają nam, że kluczowa będzie sfera finansowa. Krok pierwszy- repolonizacja banków?

Przykład ostatnich lat pokazuje, że nawet przy tak nieudolnych rządach jak obecne możliwe jest częściowe odwojowanie sektora bankowego. Po przejęciu przez Bank PKO BP Nordei udział polskiego kapitału w sektorze bankowym skoczył do 40%, a ilościowo mówimy o wzroście rzędu 100 mld złotych w dłuższym czasie. To spory postęp. Natomiast moim zdaniem można było zdziałać dużo więcej, gdyby repolonizacja była strategicznie przemyślana i konsekwentnie realizowana przez dłuższy czas. Oczywiście nie chodzi mi o wywłaszczanie, lecz o korzystanie z nadarzających się okazji, takich jak ostatni kryzys finansowy, kiedy ceny wielu zachodnich banków poleciały na łeb na szyję, a polskich akurat nie.

Dyskutując na temat upodmiotowienia Polski warto zwrócić uwagę na ujęcie Rafała Matyi, który traktuje naszą peryferyjność nie jako fatum, lecz - szansę i wyzwanie. Pozytywnym przykładem takiej wykorzystanej szansy może być Korea Południowa. Kraj, w którym pierwsza huta powstała w latach 60. XX wieku (o dwa wieki później niż u nas), potrafił przejść drogę od zacofanego państwa rolniczo-rybołówczego do potentata w dziedzinie gier komputerowych, informatyki i wysokich technologii, prześcigając w niedługim czasie Polskę i wiele innych gospodarek. Jak oni to zrobili? Przekształcili słabość w siłę: wykorzystując niskie koszty pracy postawili na eksport i skutecznie konkurowała na światowym rynku niską ceną swoich niskiej jakości produktów. Następnie wykorzystali zakumulowany kapitał do inwestycji w technologie. Nie ma oczywiście prostej analogii do Polski: koreański cud gospodarczy odbywał się w szczególnej sytuacji geopolitycznej, pod mocnym parasolem Ameryki, bez ograniczeń związanych z członkostwem w UE, i tak dalej. Nie przyjmuje jednak do wiadomości, że kraj mający największe złoża węgla w UE nie może być eksporterem tego surowca, pomimo różnych przeciwności. Swoją drogą fakt, że polscy politycy zajmują się głównie tłumaczeniem nam, że rzeczywistości nie da się zmienić – dyskwalifikuje ich w moich oczach. Bo oni właśnie od tego są, żeby zmieniać rzeczywistość.

A wracając do mechanizmów, które mogą nas wyrwać z marazmu. Obok strategii proeksportowej, repolonizacji i ograniczania drenażu kapitału, mamy wciąż ogromny, niewykorzystany potencjał – tym razem pozytywnie rozumianej - wewnętrznej kolonizacji. Fakt, że z Wrocławia do Szczecina jedzie się szybciej przez Niemcy niż przez Polskę, a Warszawa jest tak słabo skomunikowana z każdym z tych dwóch miast pokazuje, że wciąż nie zagospodarowaliśmy należycie „ziem odzyskanych”. To tylko jeden przykład.

Nie lepiej wygląda sytuacja w Polsce lokalnej. Nowy Sącz, z którego pochodzę został odcięty od Krakowa; miasto rodzinne Piotrka- Mielec (60 tyś. mieszkańców) od dobrych kilku lat nie posiada żadnego osobowego połączenia kolejowego.

Polska prowadzi w tym względzie politykę niczym Węgry, gdzie około połowy mieszkańców kraju mieszka w stolicy. Tymczasem nasza, policentryczna (względnie nieduża stolica, spora ilość porównywalnie dużych miast oraz duża liczba miast średnich i małych) struktura osadnicza wymaga zupełnie innej strategii. Wzorowanej bardziej na przykład na Niemczech, podobnie zbudowanych. Samo stworzenie sensownych korytarzy transportowych jest przecież jak najbardziej w naszym zasięgu finansowym.

Mamy już drogi, za pomocą których będziemy świadczyli usługi i transportowali towary. Mamy polskie banki, udzielające kredytów na rozwój polskich firm. Teraz pojawia się pytanie o pożądany model polskiej gospodarki. Sektor MŚP czy budowa dużych narodowych korporacji o rozpoznawalnej marce, nastawionych na eksport i zagraniczną ekspansję?

Nie ma sensu traktować tych strategii na zasadzie albo-albo: one się uzupełniają. Polska Nokia, jeśli powstanie, nie weźmie się z powietrza, tylko wyrośnie pewnie z jakiejś małej czy średniej firmy. Dlatego w pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o jak najlepsze warunki rozwoju dla MŚP, one są solą kapitalistycznej ziemi. Od lat badania pokazują, że Polacy jednym z najbardziej przedsiębiorczych narodów świata. To samo w sobie mogłoby być kołem zamachowym rozwoju. Ale ten potencjał jest tłamszony przez zbyt głęboką i głęboko nieuczciwą polityzację gospodarki, opresyjność organów kontroli, fatalne sądownictwo, zmienność i mętność prawa podatkowego.

Lenin mówił, że kapitalizm zaczyna się na bazarze. Powiedziałbym, że podstawowy problem z naszą wersją kapitalizmu polega na tym, że on się zbyt często na bazarze kończy. Jeśli wyrośniesz ponad przeciętność i nie masz politycznych „chodów”, możesz bardzo łatwo zostać przycięty. Łatwość niszczenia przedsiębiorcy w Polsce, liczba instytucji władnych to robić w połączeniu z bezkarnością procederu – jest zatrważająca i zasadniczo blokuje nasz rozwój!

W książce Słabe państwo profesor Artur Wołek wskazywał, że jednym z kluczowych problemów polskiego państwa jest niesterowność rządu i niezdolność do formułowania a później efektywnego wdrażania w życie konkretnych projektów i reform. Co możemy z tym zrobić?

Zbudować państwo z prawdziwego zdarzenia. Istniejące praktycznie, a nie „tylko teoretycznie”, jak to w przypływie szczerości trafnie określił Bartłomiej Sienkiewicz. Pełna zgoda z Arturem Wołkiem, że to sprawa podstawowa, bez której większość powyższych uwag pozostanie w sferze pobożnych życzeń.

Dziś państwo polskie nie jest poważnie traktowane ani w kraju, ani za granicą. I trudno się temu dziwić, skoro nagminnie minister podejmuje decyzję, a wkrótce okazuje się, że jego podwładni albo jej nie w ogóle nie wdrożyli, albo wykonali ją tak, jakby miała zupełnie inną treść.

Sabotaż w celu zachowania wygodnego status quo i ochrony swoich własnych wewnętrznych biurokratycznych interesów?

III RP została przechwycona przez klasę drapieżczą, która pasożytuje na reszcie populacji dla własnej korzyści, używając państwa jako narzędzia tego pasożytowania. Ta klasa wywodzi się z komunistycznej nomenklatury, poszerzonej następnie przy Okrągłym Stole o dużą część elit „Solidarności”. Z czasem kooptuje kolejne opcje ideologiczne i partie, sama w sobie będąc aideologiczną „brudną wspólnotą”. Formalnym ustrojem Polski jest republika. Realnym - kleptokracja. Napisałem kiedyś długi, naukowy tekst praktycznie adaptujący teorię „państwa drapieżczego”/kleptokracji (predatory state) do naszych realiów. Musimy odzyskać nasze - dziś tylko teoretycznie nasze - państwo. Przejść drogę, którą przeszli Rzymianie, wygnawszy króla, czy Amerykanie, przepędziwszy Brytyjczyków. Wielkie republiki powstawały często poprzez tyranobójstwo, niekoniecznie dosłowne.

W teorii brzmi to łatwo. W praktyce - już niekoniecznie. Skoro ta „brudna wspólnota” powstaje przez kooptację kolejnych środowisk, to jak skutecznie zatrzymać ten proces?

Skoro gnębi nas zbiorowa tyrania klasy drapieżczej, to tyranobójstwo musi być pokonaniem tej klasy. Kleptokraci żerują na przerośniętym i niewydolnym sektorze publicznym. W liczbach względnych, mamy jeden z największych sektorów publicznych świata, pod względem proporcji zatrudnionych porównywalnym z francuskim czy szwedzkim. Jaki poziom usług publicznych za to dostajemy? Co więcej, wedle mojej wiedzy nikt w Polsce nie orientuje się dokładnie, kogo, po co, i za ile w tym sektorze się u nas zatrudnia.

W teorii złożoności operuje się pojęciem „systemów nadmiernie złożonych”. Polski sektor publiczny – będący gigantycznym żerowiskiem niezliczonych sitw, klik i układów – w pełni podpada pod to pojęcie. Co czeka systemy nadmiernie złożone? Uproszczenie, podbój lub upadek. Zdecydowanie wybieram uproszczenie.

Wciąż brak tutaj konkretnego rozwiązania.

Opcja zerowa. W tym przypadku jestem radykałem, bo historia III RP uczy, że tylko z radykalnych reform coś zostaje po ich rozwodnieniu na kolejnych szczeblach. A ta napotkałaby może największy opór ze wszystkich. Zatem trzeba wymyślić sektor publiczny od nowa, podług potrzeb i zasobów. A następnie wszystkich zwolnić i zaraz potem zatrudnić, ale już tylko tych, których praca rzeczywiście jest podatnikom potrzebna. Może połowę obecnej kadry, może dwie trzecie – rzecz jest do policzenia. Zatrudnić ich z urealnionymi pensjami i zakresem obowiązków. Pozostałym zapewnić hojne odprawy i pomyśleć nad preferencyjnymi kredytami na działalność gospodarczą.

Brzmisz teraz jak Korwin. Nie wyobrażamy sobie partii, która mogłaby chociaż w części zrealizować Twoją wizję. To polityczne samobójstwo.

Bardzo mi daleko do Korwina. Uważam państwo za dobro wspólne, a nie za wroga, i jestem daleki od ślepej wiary w „niewidzialną rękę rynku”. Natomiast od teoretycznej republiki, która mamy zapisaną w konstytucji, oddziela nas właśnie klasa drapieżcza, która państwo przechwyciła i używa go sprzecznie z jego przeznaczeniem. I w tym miejscu jakoś zbliżam się do Korwina, ale tylko za sprawą nędzy obecnej polityki polskiej. On by mówił to, co mówi w każdej sytuacji, bo jest dogmatycznym liberałem, a ja mówię to, co mówię dlatego, że tak dyktuje konkretna sytuacja, w której się znaleźliśmy. Różnica jest może subtelna, ale zarazem zasadnicza.

Co do rzekomej nierealności politycznej mojego poglądu: w 2002 r. podobnie byście pewnie ocenili ludzi mówiących o wszechwładzy służb specjalnych i potrzebie budowy nowego państwa. Przypomnijmy, że w trzy lata później zdominowali oni przestrzeń publiczną. Później spieprzyli sprawę, ale w pierwszej fazie wygrali: przeszli drogę od marginesu do głównego nurtu.

Życzę zatem nam wszystkim, żeby w ciągu kilku lat powstała opcja polityczna, która jasno powie, że Polskę rozkłada klasa pasożytnicza, którą trzeba oderwać od państwa, bo je paraliżuje i wysysa z nas siły życiowe.

Gdzie w takim razie jej szukać? W Polsce nie ma siły zdolnej do forsowania zmian przedstawionych w tej rozmowie. Dzisiejszy 30-latek, z wielotysięcznym kredytem do spłacenia, płacący za mieszkanie w Warszawie tyle co w Berlinie, jest zbyt zajęty zapewnianiem rodzinie utrzymania żeby działać społecznie czy politycznie. Jakie środowiska i grupy społeczne miałaby realizować Twoje postulaty?

Jedna grupa to mali i średni przedsiębiorcy, których energia jest tłamszona. Druga to ta część kadry urzędniczej – i szerzej: pracowników sektora publicznego, a więc także naukowców, lekarzy itd. - która nie chce funkcjonować na obecnych, nieuczciwych zasadach. Trzecia – last but not least - grupa to młode pokolenie, ludzie poniżej czterdziestki, zablokowani na różnych polach: od administracji po uczelnie. Churchill powiedział kiedyś, że nawet szczur przyparty do muru staje się groźny. Beznadziejna polityka kolejnych rządów przypiera do muru całe pokolenie, a za chwilę – pokolenia. Pytanie tylko czy młodzi – i inne grupy zainteresowane zmianą reguł gry na uczciwe - będą w stanie się zorganizować na tyle, żeby skutecznie zawalczyć o swoje interesy.

O jakim rodzaju zorganizowania mówimy? Polityka ogólnokrajowa, wybory do rady dzielnic, trzeci sektor?

Najłatwiej jest dywagować o nowych partiach, ale to w obecnej sytuacji jałowe. Mnie interesują realne zmiany systemowe, a nie to, żeby dla odmiany młodzi dopchali się do koryta. Jeśli więc za 5 czy 10 lat jakaś nowa siła polityczna ma móc naprawdę zmienić kraj, to musi się zmienić grunt. Musi mieć kim i czym robić politykę z prawdziwego zdarzenia. Czyli wracamy do kwestii kształcenia nowych elit i instytucji niepartyjnych, które w dzisiejszych czasach są sensownym politykom niezbędne. Na przykład think-tanków, których tak naprawdę moim zdaniem dziś w Polsce nie ma.  

Dziś szkoły ani uczelnie nie kształcą elit, jakich potrzebujemy. Trzeba więc szukać gdzie indziej. Prowadzona przez Klub Jagielloński Akademia Nowoczesnego Patriotyzmu jest moim zdaniem dobrą odpowiedzią na ten problem, choć na pewno niewyczerpującą. Robiąc z koleżankami i kolegami „Nową Konfederację” mamy poczucie trafiania do wartościowej części obecnej, i co równie ważne, do prawdopodobnej przyszłej elity. To wszystko dalece niewystarczające substytuty, to oczywiste, ale mogące być zaczynem większego procesu. Mam nadzieję, że tak będzie.

W niektórych swoich tekstach odwołujesz się do teorii lewicowego socjologa Pierre’a Bourdieu, wcześniej w rozmowie powołałeś się na Immanuela Wallersteina, teraz brzmisz trochę jak Marks: konflikt pokoleniowy zamiast klasowego, fałszywa świadomość klasy/pokolenia 20- i 30-latków. Niby prawica, a jednak wychodzi z Ciebie krypto-lewak. Czy operowanie takimi podziałami ma dzisiaj jeszcze sens?

Podział pozostaje sensowny, choć nie tak ostry jak dawniej. To temat na osobną rozmowę. Co nie znaczy, że nie można odwoływać się do myślicieli lewicowych jeśli mają coś ciekawego do powiedzenia i nie można ich koncepcji wykorzystać do własnego definiowania rzeczywistości. Kiedyś kosmicznym pomysłem wydawało się żenienie pogańskiego Arystotelesa z Jezusem Chrystusem, dziś arystotelizm jest mocno kojarzony z chrześcijańską prawicą. Jako arystotelik i republikanin chętnie sięgam po Bourdieu czy Wallersteina, żeby użyć ich najlepszych idei dla słusznej sprawy. Prawica intelektualna ma gigantyczne zaległości w ekonomii politycznej czy w socjologii. Trzeba je nadrabiać. Parafrazując passus Stanisława Okszyca Orzechowskiego o Chrystusie i Stagirycie, chodzi o to, żeby Arystotelesa na Wallersteina jak na osła wsadzić (śmiech).        

Rozmawiali Paweł Grzegorczyk i Piotr Kaszczyszyn/http://jagiellonski24.pl/

Fot. RM



Autor: Polska Agencja Prasowa 23-01-2022 17:30:00

Zakupy w grudniu robiliśmy częściej niż w analogicznym okresie w 2020

Zakupy w grudniu robiliśmy częściej niż w 2020. Jak wynika z obserwacji zachowań, ruch w wielkopowierzchniowych sklepach spożywczych wzrósł przed ostatnimi świętami o 9,2%.

Grudniowy ruch w sklepach był większy niż rok wcześniej o ponad 9%. Jak wynika z obserwacji zachowań ponad miliona konsumentów, ruch w wielkopowierzchniowych sklepach spożywczych wzrósł przed ostatnimi świętami o 9,2% względem analogicznego okresu 2020 roku. Z kolei liczba klientów zwiększyła się o 2,8%.  Można też zauważyć, że w ciągu dwóch lat średni czas wizyty w ww. formacie wydłużył się. Natomiast skrócił się w supermarketach i hipermarketach.

Grudniowy ruch w sklepach był większy niż rok wcześniej

Dzięki najnowszemu raportowi firmy technologicznej Proxi.cloud oraz platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH wiemy, jak wyglądały zakupy spożywcze przed ostatnim Bożym Narodzeniem. Sytuacja została porównana z analogicznymi okresami lat 2019-2020. Za pośrednictwem tzw. geofencingów zebrano dane zachowań ponad miliona konsumentów. Uwzględniono ich wizyty w przeszło 7 tys. sklepów w dniach od 1 do 24 grudnia każdego analizowanego roku.

– W 2021 roku widoczne było odbicie w porównaniu z 2020 rokiem. Spożywcze sieci handlowe odnotowały o 9,2% wyższy ruch, a także pozyskały o 2,8% więcej klientów rok do roku. Wciąż jednak wiele brakuje do tego, żeby wrócić do poziomów sprzed pandemii. W ostatnim okresie przedświątecznym wielkopowierzchniowe placówki spożywcze odnotowały o 23,9% mniejszy ruch niż w 2019 roku, a liczba unikalnych klientów spadła o 29,6% – komentuje Adam Grochowski z Proxi.cloud.zakupy online

Natomiast porównując dane z końcówki 2021 roku z analogicznym okresem 2019 roku, widać, że każdy format zanotował większe spadki bazy klientów niż ruchu. Jak podkreśla Mateusz Chołuj z Proxi.cloud, w dużo większym stopniu zakupy w danym gospodarstwie domowym robi tylko jedna osoba. Natomiast każdy klient odwiedzał w tym okresie sklepy średnio o 8% częściej niż 2 lata wcześniej, mimo trwającej pandemii.

– Zestawiając najnowsze dane z tymi z 2020 roku, zauważamy wyższą dynamikę wzrostu ruchu niż bazy klientów. Utwierdza nas to w przekonaniu, że ten trend zostanie z nami na dłużej. To jest szczególnie istotne dla producentów FMCG, bo decyzje o wyborze marek dla całego gospodarstwa są w dużej mierze zależne od wyznaczonego shoppera – zaznacza Adam Grochowski.

Zakupy w dyskontach zyskują popularność

Autorzy raportu zwracają także uwagę na utrzymujący się trend częstszego wybierania przez konsumentów dyskontów kosztem sklepów innych formatów. Ostatnio udział hipermarketów w łącznym ruchu wyniósł 15,7%, w 2020 roku – 17,2%, a w 2019 roku – 16,9%. Z kolei dyskonty, z wynikiem 61,9%, zyskały 2,1 p.p. względem 2020 roku oraz 3,6 p.p. w porównaniu z 2019 rokiem. Natomiast największy spadek w ciągu dwóch lat odnotowały supermarkety – o 2,4 p.p. Zdaniem ekspertów z UCE RESEARCH, ten wynik boli podwójnie, bo łączny ruch zmniejszył się od 2019 roku o 23,9%.

– Wzmożony ruch w sklepach spożywczych zauważalny jest na 2 tygodnie przed świętami. To dla producentów powinien być okres zintensyfikowanych działań aktywacyjnych i komunikacji. Natomiast w ub.r. Polacy w większym stopniu zaczęli robić zakupy świąteczne na ostatnią chwilę. Ruch w sklepach na 6 dni przed Wigilią wzrósł o 13,9% rok do roku, podczas gdy dla całego okresu przedświątecznego było to 9,2% – dodaje Mateusz Chołuj.

W końcówce 2021 roku dyskonty odnotowały o prawie 13% większy ruch niż w 2020 roku. Ponadto miały prawie 10% więcej shopperów rok do roku. Jednak ubiegłoroczne dane oznaczają spadki względem 2019 roku, odpowiednio o 19,2% i 21,9%. Ostatnio aż 52% klientów tych placówek robiło tam zakupy częściej niż 2 razy w tygodniu. Z kolei 28% kupowało w nich średnio raz w tygodniu i rzadziej. W grudniu ub.r. średni czas wizyty w dyskoncie wyniósł 19,45 minut, a więc był krótszy niż w 2020 roku (20,23 min.), a zarazem dłuższy niż w 2019 roku (19,26 min.).

– Dyskontom nadal sporo brakuje do poziomu z 2019 roku pod względem ruchu czy wielkości bazy klientów. Jednak wiele wskazuje na to, że sytuacja powoli wraca do normy. Polacy robią tam mniejsze zakupy z większą częstotliwością, tak jak miało to miejsce przed pandemią. Producenci FMCG mogą zatem liczyć na wyższy footfall, a zatem jest też więcej okazji na przekonwertowanie klienta dyskontowego – mówi Adam Grochowski.

Z kolei supermarkety zaliczą zeszłoroczny okres przedświąteczny do zdecydowanie mniej udanych, co podkreśla Mateusz Chołuj. Wprawdzie odnotowały one o 6,4% większy ruch w porównaniu z 2020 rokiem, ale baza ich klientów skurczyła się o 10,8%. Natomiast zestawiając ubiegłoroczne dane z tymi z 2019 roku, widać mniejszy o 31,1% footfall. Liczba unikalnych klientów spadła o 38%.

– Średni czas wizyty w supermarkecie w okresie świątecznym praktycznie się nie zmienił rok do roku. Ostatnio wyniósł 18,39 minut, czyli 3 sekundy krócej niż w 2020 roku. Natomiast w porównaniu z 2019 rokiem spadł o 1 minutę i 8 sekund, co prawdopodobnie w dużej mierze spowodowane było mniejszym ruchem. To prawdopodobnie przełożyło się na krótszy czas oczekiwania przy kasie. Przywiązani do supermarketów zostali ich regularni klienci. Ich udział w całej bazie klientów wzrósł rok do roku o 6 p.p. – w 2020 roku wyniósł 27%, a rok później – 33%. Średnio jeden klient odwiedzał supermarkety ostatnio częściej aż o 19,3% niż w 2020 roku. W porównaniu z 2019 rokiem nastąpił pod tym względem wzrost o 11,1% – analizuje Adam Grochowski.

Czytaj także: Zakupy przez internet poza Polską robią najczęściej mężczyźni

fot.pixabay.com


Autor: Polska Agencja Prasowa 23-01-2022 13:30:44

Inflacja uderza w Europę i USA. Wzrost cen zagraża światowym gospodarkom

Inflacja daje się we znaki Europie i USA. W Stanach Zjednoczonych inflacja w grudniu w ujęciu rocznym wyniosła 7 proc., co jest najwyższym poziomem od 1982 r.

Dane z Europy i Stanów Zjednoczonych wskazują, że świat zmaga się z nienotowaną od dekad inflacją. Coraz droższe są ceny gazu, żywności i paliwa. W Stanach Zjednoczonych inflacja w grudniu w ujęciu rocznym wyniosła 7 proc., co jest najwyższym poziomem od 1982 r. W Wielkiej Brytanii i Niemczech wzrost cen jest największy od 30 lat, w Holandii od wprowadzenia euro 20 lat temu.

Inflacja w USA i Wielkiej Brytanii 

Według szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej Jerome’a Powella wzrost cen jest "poważnym zagrożeniem" dla gospodarki i największą przeszkodą ku jej pełnej odbudowie po pandemii. Sondaże wskazują też, że jest ona jednym z największych problemów politycznych ciągnących w dół notowania prezydenta Joe Bidena.

Zjawisko wysokiej inflacji w Wielkiej Brytanii zaczęło narastać wiosną 2021 r. W grudniu roczna stopa inflacji wzrosła do 5,4 proc., czyli najwyższego poziomu od marca 1992 r. W swojej grudniowej prognozie Bank Anglii przewidywał, że szczyt inflacji nastąpi w kwietniu 2022 roku, gdy dojdzie ona do 6 proc., ale część analityków obawia się, że szczyt będzie na poziomie nie 6 proc., lecz 7 proc.

Ceny szybują w górę również w całej Europie

Na Węgrzech inflacja rok do roku w grudniu 2021 roku wyniosła 7,4 proc. To najwyższy wskaźnik od 2007 roku. Najbardziej wzrosły ceny paliwa (o 25,9 proc.) oraz tytoniu (o 12,7 proc.). Ceny żywności podniosły się średnio o 8 proc.

Według metody stosowanej przez Europejski Urząd Statystyczny Eurostat inflacja w Holandii nadal rośnie i wyniosła w grudniu 6,4 proc. w skali roku. To największy wzrost od wprowadzenia euro w 2002 r. W listopadzie wzrost cen towarów i usług wyniósł 5,9 proc. i zdaniem Holenderskiego Urzędu Statystycznego (CBS) był konsekwencją gwałtownego wzrostu cen gazu, energii elektrycznej i paliw. Jednocześnie, podobnie jak w innych krajach, rosły ceny żywności, alkoholu i tytoniu.

W Niemczech w ubiegłym roku odnotowano najwyższą stopę inflacji od niemal 30 lat. We wrześniu inflacja przekroczyła granicę 4 proc. W listopadzie wyniosła 5,2 proc. Według wstępnych szacunków, ceny konsumpcyjne w grudniu były w Niemczech o 5,3 proc. wyższe niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku.

Do rekordów dochodzi na Ukrainie. Średnioroczna inflacja za 2021 r. u naszych wschodnich sąsiadów wyniosła 10 proc. Średnie ceny artykułów spożywczych w grudniu 2021 roku w porównaniu z grudniem 2020 r. wzrosły o ok. 13 proc. Narodowy Bank Ukrainy oczekuje spadku inflacji do 5 proc. pod koniec 2022 r.inflacja w Europie

Według wstępnych danych bułgarskiego Krajowego Instytutu Statystycznego w grudniu inflacja w Bułgarii wyniosła 7,8 proc. w stosunku do grudnia 2020 r. To najwyższy wskaźnik w ciągu ostatnich 10 lat. Projekt budżetu na 2022 r., który ma zostać przyjęty w marcu, zakłada spadek inflacji do 4,9 proc. w skali rocznej.

Jak podaje Instytut Statystyczny Istat, roczna inflacja we Włoszech wyniosła w grudniu 3,9 proc. Jest najwyższa od 2012 roku. Instytut zaznaczył, że główną siłą napędową inflacji jest wzrost cen energii. 3,9- procentowa inflacja oznacza, że wydatki każdej rodziny na konsumpcję wzrosną w tym roku średnio o ok. 1200 euro - prognozuje organizacja obrony praw konsumentów Codacons. Według jej ekspertów we Włoszech trwa "prawdziwy kryzys cenowy, który pogłębi się w najbliższych miesiącach".

W Szwecji w grudniu 2021 roku odnotowano inflację na poziomie 4,1 proc. w ujęciu rocznym (wskaźnik KPIF). Był to najwyższy wzrost cen w tym kraju od prawie 30 lat.

Francja radzi sobie stosunkowo dobrze względem innych krajów europejskich, choć inflacja przyspieszyła w całym 2021 r. do 1,6 proc. średniorocznie. Narodowy Instytut Statystyczny potwierdził także nieco wcześniej tego samego dnia wzrost cen konsumpcyjnych we Francji o 2,8 proc. w grudniu r/r.

Także Portugalia jest jednym z państw UE, które w najmniejszym stopniu doświadczają inflacji. Z szacunków rządu Antonio Costy przedstawionych w połowie stycznia wynika, że poziom inflacji wynosił tam 2,6 proc., podczas gdy średnia unijna wynosiła wówczas 4,9 proc. W całym roku 2021 średni poziom inflacji w Portugalii wyniósł 1,3 proc.

Hiszpania ze swoją szybko rosnącą inflacją znajduje się w zupełnie innej sytuacji niż Portugalia. W grudniu przekroczyła inflacja przekroczyła 6,7 proc., czyli poziom nienotowany w Hiszpanii od dekad. Bank centralny Hiszpanii, który w najbliższym czasie ma podać dokładne liczby dot. inflacji w minionym roku, oszacował, że w 2021 r. sięgnęła ona poziomu 3,7 proc.

Dane europejskie i amerykańskie ustępują jednak katastrofalnej sytuacji w Turcji. W ciągu 2021 r. wartość liry tureckiej spadła o 40 proc. Inflacja w grudniu wynosiła ponad 36 proc.

Przeczytaj również: PSB: ceny materiałów budowlanych w grudniu 2021 wzrosły r/r średnio o 24 proc.

fot.pixabay.com


Autor: Polska Agencja Prasowa 23-01-2022 12:15:20

Inwentaryzacja żubrów – trwają przygotowania w Białowieskim PN

Jeśli zimowa pogoda się nie zmieni, to w najbliższych dniach w Białowieskim Parku Narodowym odbędzie się doroczna inwentaryzacja żubrów.

Białowieski Park Narodowy przygotowuje się do dorocznej inwentaryzacji żubrów żyjących na wolności w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Jeśli zimowa pogoda się nie zmieni, liczenie tych zwierząt chce przeprowadzić w najbliższych dniach. Podczas inwentaryzacji stada przeprowadzonej poprzedniej zimy, doliczono się w polskiej części Puszczy Białowieskiej 715 żubrów, w tym 70 młodych urodzonych w 2020 roku.

Białowieski Park Narodowy przygotowuje się na liczenie żubrów

Doroczne liczenie żubrów w Puszczy Białowieskiej jest przeprowadzane zawsze zimą. Pracownicy parku narodowego, leśnicy i naukowcy wykorzystują wtedy fakt –  przy założeniu, że jest mróz i śnieg –  że zwierzęta zbierają się w większe grupy w miejscach dokarmiania i przez dłuższy czas nie oddalają się stamtąd, a pojedyncze sztuki można wtedy wytropić np. po śladach na śniegu. Inwentaryzacja żubrów w tym roku, jeśli pogoda się nie zmieni, będzie miała miejsce w najbliższych dniach.

"Mieliśmy je w minionym tygodniu liczyć, ale pogoda sprawiła, że żubrów nie było widać, więc liczenie przesunęliśmy na ten tydzień. Była odwilż i nie było śniegu, żubry wówczas słabiej się trzymają przy tych miejscach dokarmiania, a zależy nam na tym, żeby zobaczyć jak największą część populacji" –  powiedziała  dr Katarzyna Daleszczyk z ośrodka hodowli żubrów BPN.

Przyznała, że przy dużym rozproszeniu zwierząt liczenie jest bardzo trudne, bo utrudniona jest ich obserwacja.inwentaryzacja zubrów Białowieski Park Narodowy

"Nie jesteśmy w stanie przeczesać całej puszczy" –  dodała Daleszczyk, zaznaczając że monitoring zwierząt trwa już od kilku tygodni.

Przyznała, że tej zimy również sytuacja na polsko-białoruskiej granicy wpływa na zachowania żubrów, które są częściej płoszone czy niepokojone tam, gdzie zwykle bytują.

"Czasami pojawiają się w miejscach, albo wychodzą z miejsc, o których wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, że tam chodzą" –  powiedziała, wskazując na takie miejsca w rezerwacie ścisłym.

Inwentaryzacja żubrów poprzedniej zimy 

Podczas inwentaryzacji stada przeprowadzonej poprzedniej zimy, doliczono się w polskiej części Puszczy Białowieskiej 715 żubrów, w tym 70 młodych urodzonych w 2020 roku. Obserwacje prowadzono nie tylko w Białowieskim Parku Narodowym, ale także w nadleśnictwach wokół parku: Białowieża, Bielsk, Browsk, Hajnówka, Nurzec i Rudka.

Na razie dokładnie nie wiadomo, ile młodych urodziło się w 2021 roku. Tzw. upadków, czyli przypadków śmierci z powodów naturalnych lub po atakach drapieżników, było ok. dwudziestu, siedem osobników zostało w ub. roku wyeliminowanych w ramach odstrzałów selekcyjnych, a jednego żubra odłowiono.

Sześć młodych samców zostało wypuszczonych na wolność z tzw. hodowli wolnej, by wzbogacić pulę genetyczną populacji w Puszczy Białowieskiej.

Sprawdź także: Główny Konserwator Przyrody: żubr na granicy polsko-białoruskiej padł ze starości

fot.pl.wikipedia.org

BULT SMOGOWICZE

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.