środa
| 23 października 2019

Rolnicy są prawdopodobnie najbardziej poszkodowaną przez działania organizacji ekologicznych grupą zawodową w Polsce. Trudno się temu dziwić, gdyż aktywiści pojawiają się wszędzie tam, gdzie są pieniądze, a polski sektor rolno-spożywczy bije kolejne rekordy.

Tylko w ubiegłym roku rodzimy eksport artykułów rolno-spożywczych pobił absolutny rekord, przekraczając swoją wartością kwotę 30 mld EUR. W roku 2019 wskaźniki mają poszybować w górę jeszcze bardziej ze względu na zwiększony wolumen wysyłki towarów do Chin, które cierpią z powodu afrykańskiego pomoru świń.

Rodzimy sektor drobiarski jest europejskim liderem, pozostawiającym konkurencję daleko w tyle. Jesteśmy jednym z czołowych producentów mleka i jego przetworów, jednym z głównych dostawców owoców miękkich, mięsa wieprzowego, rozwijającym się rynkiem wołowiny, drugim w Europie producentem skór zwierząt futerkowych czy kluczowym dostawcą jabłek. Polskie rolnictwo nie było dotąd tak silne, ale i nigdy wcześniej tak bardzo nie narażało się konkurencji – a ta nie śpi. Problem numer jeden stanowią jednak organizacje uważające się za prozwierzęce.

W porównaniu z rokiem ubiegłym pogłowie trzody chlewnej w Polsce spadło o około 1 mln sztuk, czyli aż 8,9 proc., jeżeli weźmiemy dane z czerwca bieżącego roku i analogicznego okresu rok wcześniej. Opozycja grzmi, obarczając winą za tę trudną sytuację stronę rządową, która ich zdaniem obrała niewłaściwą strategię walki z wirusem ASF, będącym głównym winowajcą kłopotów hodowców świń. Wtórują im oczywiście „ekolodzy”, którym nie przeszkadza to jednak w blokowaniu odstrzału sanitarnego dzików – głównego wektora przenoszenia wirusa. Wszystko w myśl ideologii, która sprzeciwia się polowaniom. Na nic opinie naukowców, że odstrzał sanitarny jest jedyną dostępną dziś opcją walki z wirusem. Co ciekawe, podobne, szeroko zakrojone polowania w Niemczech czy Belgii nie zainteresowały ekologów, swego czasu dużo bardziej atrakcyjne okazywało się dla nich blokowanie ratowania Puszczy Białowieskiej przed kornikiem drukarzem czy wstrzymywanie prac na terenach Pogórza Przemyskiego aniżeli protesty w sprawie wycinki lasów Bawarii.

W ostatnim czasie niemałe problemy z organizacjami prozwierzęcymi odnotowali także producenci mleka. W samym centrum Warszawy w ubiegłym roku pojawiły się bilbordy nawołujące do zastępowania krowiego mleka jego roślinnymi „substytutami”. Gospodarcza krótkowzroczność aktywistów „ekologicznych” jest zatrważająca, szczególnie gdy pod uwagę weźmiemy fundusze, którymi dysponują te stowarzyszenia i fundacje oraz skorelujemy je z merytoryką przekazu. Autorzy na swoich grafikach prezentowali bowiem… byka jako zwierzę dostarczające mleko i jako matkę cieląt. Podobne akcje okazują się intratne. W sprawozdaniu finansowym za rok 2016 Fundacja Viva! zanotowała zysk netto w wysokości 4 227 123 zł przy przychodzie 13 120 953 zł. Wpływy z tytułu 1 proc. podatku wyniosły z kolei 2 158 447 zł, co świadczy o znaczącym oddziaływaniu społecznym podobnych inicjatyw.

Kampanie „ekologów” finansowane są jednak także z silnie umocowanych źródeł zagranicznych. Jesienią 2017 r. Stowarzyszenie Otwarte Klatki otrzymało 0,5 mln USD celem zorganizowania szeroko zakrojonej akcji wymierzonej w rodzimy sektor drobiarski. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Polska jest absolutnym liderem w produkcji drobiu w Unii Europejskiej i jednym z największych dostawców mięsa drobiowego na światowych rynkach. Fundusze pochodziły z Silicon Valley Community Foundation, a jednym z celów ich wydatkowania była „walka o kury hodowane i zabijane na mięso”. W ramach tej kampanii powstały kolejne ckliwe bilbordy oraz strona internetowa szkalująca polskich producentów drobiu.

W bieżącym roku gromy spadły natomiast na producentów bydła mięsnego. Dziennikarze ujawnili, że w ubojni w Kalinowie dochodziło do naruszeń prawa – to prawda, dochodziło. To wystarczyło jednak, aby lewicowe i centrolewicowe media zaszczepiły opinii społecznej wynaturzony obraz ubojni w Kalinowie jako symbol całego sektora. Nagonkę szybko wykorzystały media w innych krajach europejskich na czele z Czechami, które rywalizują z Polską na polu produkcji wołowiny. Dziś okazuje się, że ataki strony czeskiej obróciły się przeciwko nim samym. Otóż w tym kraju, w samym jego sercu, bo przecież w stolicy, inspektorzy weterynarii, policjanci i celnicy odkryli nielegalną rzeźnię. Na miejscu znaleziono 1200 kg wołowiny bez certyfikatów i stosownych stempli, a o odkryciu rzeźni poinformował rzecznik Państwowego Urzędu Weterynaryjnego. Do podobnej sytuacji doszło w Niemczech, gdzie również drastycznie naruszano przepisy weterynaryjne i dobrostanowe. Zarówno o niemieckich, jak i o czeskich ubojniach media w Polsce i w Europie milczały…

Kiedy polskie jaja stały się towarem pożądanym i konkurencyjnym, rozpoczęła się czesko-słowacka (a jakże!) kampania połączona z atakami „ekologów” i wycofywaniem się sieci hoteli i hipermarketów (głównie niemieckich i francuskich) z korzystania z polskich „trójek”. Kiedy dobrze zaczęło dziać się na polskim rynku zbóż, Podlasie zalały bezcłowe kontyngenty taniego zboża z Ukrainy, kiedy sektor produkcji stłuszczonych wątróbek gęsich był najsilniejszy, zlikwidowano go. Nie wspomnę o próbie likwidacji niezwykle rentownego działu produkcji mięsa koszernego i halal czy sektora futrzarskiego.

Zagrożenia płyną z wielu stron. Polskie rolnictwo, aby wygrać nieczystą walkę, musi stawać się nieskazitelne. Liczby nie kłamią, a dopóki zachowają one w Polsce tendencję zwyżkową, dopóty ataki będą się nasilać.

Oliver Pochwat

fot. Pixabay


Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.