sobota
| 23 listopada 2019

Z impetem w buty europosła weszła Sylwia Spurek, która do Brukseli trafiła z list Wiosny Roberta Biedronia. Intensywność jej działań każe z przerażeniem myśleć o przyszłości polskiego, europejskiego, ba! nawet światowego rolnictwa! O ile – rzecz jasna – ktokolwiek weźmie pomysły lewicowej aktywistki na serio.

O co właściwie walczy Sylwia Spurek? Sama siebie określa jako czynną feministkę, popiera postulaty środowisk LGBT, bierze udział w paradach równości (sic!), sprzeciwia się zaostrzeniu prawa aborcyjnego i jest zdeklarowaną wegetarianką. Wszystkie te elementy – szczególnie, gdy skorelujemy je z antyrolnymi postulatami Wiosny – każą patrzeć na postać pani Spurek i program, który realizuje, jako na wielki front ideologiczny. Swojego czasu ks. prof. Tadeusz Guz określił go mianem – powracającego widma neomarksizmu. Chodzi zatem o hołdowanie – w ogromnym uproszczeniu – tym elementom, które budują pojęcie dzisiejszej lewicy.

Pani Spurek przeniosła swoje poglądy na sferę gospodarki. To powinno już budzić pewien niepokój, ponieważ inicjatywy przez nią wspierane z racjonalnym podejściem do ekonomii mają niewiele wspólnego. Aktywistka poparła choćby inicjatywę Koniec Epoki Klatkowej, która stworzona została przez przedstawicieli najgłośniejszych europejskich organizacji prozwierzęcych, a jej celem jest wprowadzenie zakazu utrzymywania zwierząt gospodarskich w klatkach.

Ta hucpa stanowić może realne zagrożenie dla wskaźników produkcji i eksportu artykułów rolnych w całej Unii Europejskiej. Stosowanie klatek w chowie i hodowli zwierząt pozwala na prowadzenie zbilansowanej gospodarki rolnej we wszystkich krajach wspólnoty. Taka forma prowadzenia gospodarstw pozwala na utrzymanie w szczególności hodowli przemysłowych, które stanowią filar bezpieczeństwa żywnościowego Unii Europejskiej i świata. Tego typu gospodarstwa są także podstawowym dostarczycielem produktów przeznaczonych na eksport na rynki unijny, pozaunijny oraz  inne rynki światowe (w tym chiński).

Potencjalne wejście w życie planowanych regulacji mogłoby doprowadzić do drastycznego obniżenia wskaźników produkcji mięsa, a co za tym idzie wzrostu cen i spadku dostępności produktów mięsnych. Konieczną konsekwencją wprowadzenia zakazu stosowania klatek w chowie i hodowli zwierząt byłoby także osłabienie sektora upraw roślin przeznaczonych na pasze. Tak znacząca ingerencja wiązałaby się z destabilizacją całego sektora rolnego w Unii Europejskiej, a tym samym w Polsce.

Jestem zdumiony faktem, że inicjatywę jawnie poparły organizacje prozwierzęce zarejestrowane na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Polska jest jednym z europejskich i światowych liderów w produkcji drobiu, trzody chlewnej, wołowiny, jaj, skór zwierząt futerkowych, mleka i innych produktów odzwierzęcych. Poparcie aktywistów w omawianej kwestii może okazać się ciosem dla polskiej produkcji rolnej i przyczynić się do spadku rentowności małych, średnich i dużych gospodarstw znajdujących się na obszarze RP, osłabiając jednocześnie polską gospodarkę i wpływając na spadek dynamiki wzrostu gospodarczego naszego kraju.

Ruchy lewicujące i lewicowe na sztandarach niosą przecież hasła pomocy krajom trzeciego świata, hasła dotyczące konieczności wyrównywania szans i wspierania rozwoju najbiedniejszych regionów świata. Wyobraźmy sobie zatem, że z rolniczej mapy tegoż świata znikają klatki, a z nimi cała gałąź przemysłowej produkcji żywności. Szybko okaże się, że wraz z nią znika ponad 60% produkcji mięsa. Aby kury były szczęśliwe (sic!), będzie je trzeba utrzymywać przy zapewnieniu odpowiednio dużej przestrzeni. Trudniej będzie także zapanować nad tym, co owe kury będą jeść. Drogą logicznego wywodu, gdy dodamy wszystkie elementy będące konsekwencją pomysłów lewicy, czyli zwiększenie wydatków na leki, szerszą weterynaryjną prewencję, zapewnienie większej powierzchni chowu i hodowli, czy nowe warunki uboju uzyskamy mięso „superbio” w nowej supercenie. Trudno liczyć dokładnie, ale szacunki każą myśleć o cenie dwu, trzykrotnie wyższej. Mięsa byłoby mniej, byłoby droższe, więc ludzie mieliby niemały problem z zaspokojeniem podstawowych potrzeb żywnościowych. To jednak lewicy nie obchodzi, bo przecież kury, krowy, kaczki, „sarny, dziki, kuny i łosie” będą szczęśliwe.  Pani Spurek wsławiła się przecież wpisem w serwisie twitter, w którym stwierdziła, że produkcja mięsa musi być droższa i trudniejsza. Ale kto przejmowałby się ludźmi?

spur 1

Pani Spurek jest też gorącą zwolenniczką zakazu hodowli zwierząt futerkowych. Pomijam aspekty inne niż wiązane z rynkiem mięsa, a na których Polska zarabia krocie. Zatem: warto przyjrzeć się tu kwestii umiejscowienia hodowli zwierząt na futra w łańcuchu produkcji rolnej. Istotnym czynnikiem jest wartość utylizacyjna norek amerykańskich (ponad 98% rodzimej produkcji okrywy włosowej zapewnia ten właśnie gatunek), które żywią się ubocznymi produktami pochodzenia zwierzęcego kat. II i III, czyli – mówiąc obrazowo – tym, co nie nadaje się do spożycia przez człowieka, a co stanowi pozostałość po produkcji drobiu czy przetwórstwie rybnym. Jak informowała na początku ubiegłego roku ówczesna wiceminister rolnictwa Ewa Lech, zwierzęta futerkowe utylizują w formie paszy ponad 700 tys. ton ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego, co przekłada się na zysk dla producentów drobiu i przetwórców ryb w wysokości około 1 mld zł rocznie. Dziś strumień pieniędzy płynie od hodowców zwierząt na futra do drobiarzy i przedstawicieli branży rybnej, którzy sprzedają fermom futrzarskim swoje pozostałości poprodukcyjne. Gdyby hodowle norek amerykańskich zniknęły z rolniczej mapy Polski, odpady musiałyby zostać zutylizowane w sposób konwencjonalny, czyli po prostu spalone. Spalone zresztą ze szkodą dla środowiska naturalnego i dla portfeli producentów mięsa. Za spalanie odpadów – rzeczony miliard złotych rocznie – musieliby oczywiście zapłacić konsumenci, gdyż ów miliard zostałby rozlany na ceny mięsa dostępnego na sklepowych półkach. Pieniądze za spalanie popłynęłyby – co ważne – do niemieckich firm, które zawiaduję 97% rynku spalarni w Polsce. Ten kierunek nie powinien jednak dziwić, gdy mowa jest o postulatach tak zwanej lewicy.

Z niedowierzaniem patrzę na kolejne pomysły pani Sylwii. Z niedowierzaniem patrzą też na nie inni eksperci, ale to pani poseł – zdaje się – nie przeszkadza. Wspaniała, zdaniem garstki aktywistów, wizja jedzenia „trawy” zamiast mięsa jest dla mnie nie do zniesienia. Lubię warzywa, ale jeszcze bardziej cenię możliwość wyboru, którą usilnie, od lat, próbuje mi się odebrać. Pytanie brzmi, co będzie następne. Brzmi absurdalnie? Rolnictwo, energetyka, transport czy przemysł wydobywczy to tylko niektóre z sektorów, który były już paraliżowane przez –  będących ekspertami w każdej niemal dziedzinie – zielonych aktywistów.

 

Jacek Podgórski

dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej


Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.