środa
| 17 lipca 2019

Widzę szansę właśnie w postępującej autonomizacji polskiego rolnictwa – powiedział prezez Instytutu Gospodarki Rolnej Szczepan Wójcik w rozmowie ze Światem Rolnika.

Marta Wiszczycka: Jak polskie rolnictwo wygląda na tle innych państw Unii Europejskiej?

Szczepan Wojcik: Lepiej. W zasadzie rokrocznie bijemy rekordy wskaźników eksportu artykułów rolno-spożywczych. Tylko w roku 2018 sprzedaliśmy poza granice kraju produkty o wartości przekraczającej 30 mld EUR. W wielu dziedzinach przodujemy. Jesteśmy unijnymi liderami w produkcji mięsa drobiowego, jednymi z liderów na rynku jaj, jakościowym czempionem w produkcji skór zwierząt futerkowych i zarazem drugim producentem, jeśli mówimy o skali, liderujemy w wielu obszarach sektora sadowniczego – w tym w zbiorach jabłek. Plasujemy się na podium w uprawie ziemniaka, marchwi i wielu innych obszarach produkcji rolnej.

M.W.: Niemniej wciąż słyszymy o problemach, z którymi rolnictwo musi się borykać.

S.W.: Bo one istnieją. Często jednak są one zupełnie niezależne od samych gospodarzy. Trudno walczyć choćby z wyniszczającymi skutkami suszy, niełatwo definitywnie poradzić sobie z problemem ASF, trudno przewidzieć, gdzie akurat zaatakują organizacje pseudoekologiczne, czy to, jakie obostrzenia na sektor rolny narzuci krajowe i unijne prawodawstwo. Mimo tych wszystkich przeciwności, polski rolnik radzi sobie jednak znakomicie. Musimy pamiętać, że jesteśmy w o tyle trudnej sytuacji, że polska wieś może rozwijać się względnie wolnorynkowo dopiero od przeszło ćwierćwiecza. Państwa, w których nie funkcjonował opresyjny system sowiecki miały więcej czasu na dostosowanie się do funkcjonowania rynku. Nasza pozycja pokazuje jednak, że polskie rolnictwo jest silne mocą polskiego gospodarza.

M.W.: Na naszą niekorzyść działa chyba także wielkość rodzimych gospodarstw…

S.W.: I tak i nie. Wszystko zależy od perspektywy. Nie możemy zapominać o tym, że ustawa zasadnicza stawia na piedestale właśnie te najmniejsze, rodzinne gospodarstwa rolne. W nich od zawsze tkwił ogromny potencjał i ten potencjał niezaprzeczalnie da się wyzwolić. 

M.W.: Czyli wciąż dusimy się w małych gospodarstwach?

S.W.: Nie, najmniejsi rolnicy radzą sobie coraz lepiej. Potrafią dostosować się do zmieniającej się sytuacji rynkowej, potrafią przewidzieć popyt i wykreować odpowiedni poziom podaży. Wciąż wdrażane są kolejne mechanizmy popychające nas w stronę prowadzenia rolnictwa precyzyjnego, specjalistycznego, wysoko zmechanizowanego. Zbliżamy się do wzorców zachodnich – brakuje nam w zasadzie tylko postawienia kropki na „i”, która w moich oczach przebiera kształt spółdzielczości rolnej. Jeśli chcemy opierać nasze rolnictwo na produkcji ekologicznej, niskotowarowej, to musi zajść diametralna zmiana w także w mentalności rodzimych przedsiębiorców rolnych.

M.W.: O jakiej zmianie mówimy?

S.W.: Myślę o tym, o czym mówię bardzo często, czyli kwestii spółdzielczości rolnej. To ona sprawia, że gospodarstwa zachodnie, mimo nawet stosunkowo niewielkiego areału, potrafią być konkurencyjne względem rynkowych gigantów. Gdyby nie spółdzielczość, francuskie wina na przykład nie stałyby się tak popularne i pożądane na świecie. Istota leży we wspólnym gospodarowaniu, budowaniu łączonych grup towarów – to wszystko przekłada się na zmniejszone koszty transportu, możliwość ciągłego zwiększania wolumenu produkcji, a finalnie – na szansę negocjowania najbardziej opłacalnych cen. Wskaźnik zrzeszania się przedsiębiorstw w krajach Europy Zachodniej waha się między 90, a 95%. U nas w formie zorganizowanej funkcjonuje zaledwie 15% gospodarstw, z czego większość stanowią przedsiębiorstwa mleczarskie. Wyjątkiem jest tu może Wielkopolska, która chyba zrozumiała ideę spółdzielczości.

M.W.: Jak więc tę spółdzielczość zbudować?

S.W.: Rolnikom trzeba coś dać. Należy zbudować takie regulacje, aby gospodarze poczuli „Tak, to mi się opłaca”. Wtedy znikną uprzedzenia, a spółdzielczość zacznie kwitnąć. Potem, kiedy ten rynek ukaże się nam w pełnej krasie, można będzie – oczywiście w porozumieniu z rolnikami – zmieniać go przy uwzględnieniu zmieniających się trendów.

M.W.: A sąsiednie państwa będą się przyglądać…

S.W.: Nie liczyłbym na to. Tym bardziej, kiedy przyjrzymy się działaniom naszych rynkowych rywali. Rynek futrzarski był i jest atakowany przez niemieckich utylizatorów, produkcja wołowiny dyskredytowana była przez Czechów, podobnie do sektora produkcji jaj, drób osłabiany jest przez działania Niemców czy Francuzów. Można by to mnożyć.

M.W.: Jak sobie zatem z tym radzić?

S.W.: Odpowiednim prawodawstwem, które zapewni silniejszą pozycję polskiemu rolnikowi. Trudność stanowi tu unijne prawo, które niestety foruje już najmocniejsze rolniczo kraje. Przykładem może tu być rażąca dysproporcja choćby w kwestii dopłat do hektara produkcji rolnej, gdzie wciąż obowiązują nieaktualne kryteria, dając ogromną przewagę Niemcom, Holendrom czy Francuzom. Widzę szansę właśnie w postępującej autonomizacji polskiego rolnictwa.


Polub Świat Rolnika na Facebooku i bądź na bieżąco



Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.