Blog
20-08-2026
Europa chce ograniczać emisje. To cel, z którym trudno się nie zgodzić. Problem zaczyna się wtedy, gdy za zieloną transformację coraz więcej płaci europejski producent, a konkurencja spoza UE produkuje taniej. Bo jeśli fabryka zniknie z Europy, a jej miejsce zajmie import, to emisje niekoniecznie znikną. Mogą po prostu przenieść się gdzie indziej.
I właśnie dlatego o unijnym systemie ETS warto rozmawiać nie tylko w Brukseli, ale także na polskiej wsi.
Co wspólnego ma ETS z rolnikiem?
Na pierwszy rzut oka niewiele.
Rolnik nie prowadzi huty, cementowni czy wielkiej elektrowni. Nie kupuje codziennie certyfikatów CO₂.
Ale rolnik korzysta z tego, co produkują inne gałęzie gospodarki.
Potrzebuje prądu.
Potrzebuje nawozów.
Potrzebuje paliwa.
Potrzebuje maszyn, części i środków do produkcji.
Sprzedaje swoje produkty do zakładów, które również zużywają energię.
I tutaj zaczyna się problem.
Jeżeli energia i produkcja drożeją, rachunek ostatecznie trafia dalej — także do gospodarstwa.
Nie bez powodu kwestia kosztów energii jest dziś jednym z najważniejszych problemów europejskiego przemysłu. Według IEA w 2025 r. ceny energii elektrycznej dla przemysłu energochłonnego w UE były średnio ponad dwukrotnie wyższe niż w USA.
Europa produkuje drożej. A świat nie czeka
Wyobraźmy sobie prostą sytuację.
Europejska firma produkuje stal, nawozy czy części do maszyn. Musi ponosić koszty związane z emisjami i drogą energią.
Firma w USA czy innym kraju ma niższe koszty.
Co robi rynek?
Szuka tańszego producenta.
I nie zawsze oznacza to zamknięcie europejskiej fabryki z dnia na dzień. Czasami proces jest znacznie cichszy.
Firma zostaje w Europie, ale zaczyna kupować coraz więcej tańszych komponentów za granicą.
Produkcja zostaje częściowo tutaj. Wartość i miejsca pracy powoli przesuwają się gdzie indziej.
A wraz z produkcją może przesunąć się także emisja.
To właśnie nazywa się carbon leakage, czyli „ucieczką emisji”.
I tu pojawia się pytanie, którego nie można zamiatać pod dywan
Jeżeli Europa zamknie część energochłonnej produkcji, ale ten sam produkt zacznie sprowadzać z kraju, który emituje więcej CO₂ niż europejski producent, to:
czy naprawdę rozwiązaliśmy problem?
Czy tylko sprawiliśmy, że emisja zmieniła adres?
To nie jest argument przeciwko ochronie klimatu.
To jest pytanie o skuteczność i rozsądek całej polityki.
Bo europejski rolnik nie może być jednocześnie zobowiązany do coraz droższej produkcji i zmuszany do konkurowania z towarem wytwarzanym w zupełnie innych warunkach.
Najpierw droższy nawóz, później tańszy import
Rolnik doskonale zna ten mechanizm.
Jeżeli rosną koszty produkcji nawozów, rosną koszty gospodarstwa.
Jeżeli droższa jest energia, drożej działa przetwórstwo, chłodnie, suszarnie i magazyny.
Jeżeli drożeją maszyny i części, kolejny zakup kosztuje więcej.
A jednocześnie polski rolnik nadal słyszy:
„Musisz być bardziej konkurencyjny”.
Tylko jak konkurować, kiedy jedna strona dostaje coraz więcej obowiązków i kosztów, a druga może produkować taniej?
Nie chodzi o to, żeby zatrzymać transformację
To trzeba powiedzieć jasno.
Rolnicy nie potrzebują powrotu do przeszłości.
Potrzebujemy nowoczesnej energetyki, nowych technologii i tańszej energii. Potrzebujemy inwestycji, które pozwolą europejskim firmom ograniczać emisje bez zamykania produkcji.
Bo najlepszy scenariusz to nie:
„Europa przestaje produkować, więc ma mniej emisji”.
Najlepszy scenariusz to:
„Europa produkuje nowocześniej, emituje mniej i nadal jest konkurencyjna”.
To ogromna różnica.
Bruksela sama widzi, że problem istnieje
Co ważne, dyskusja o konkurencyjności nie jest już tylko głosem rolników czy przedsiębiorców.
17 lipca 2026 r. Komisja Europejska przedstawiła propozycję zmian w ETS, wskazując m.in. na potrzebę wzmocnienia konkurencyjności europejskiego przemysłu. W propozycji znalazło się także zwiększenie wsparcia dla inwestycji przemysłowych w dekarbonizację.
To pokazuje jedno:
problem wysokich kosztów transformacji i konkurencyjności europejskiej gospodarki jest realny.
A co to oznacza dla polskiego rolnika?
Przede wszystkim jedno:
nie możemy patrzeć na ETS jak na problem wyłącznie przemysłu.
Jeżeli Europa straci część przemysłu, ucierpi również rolnictwo.
Jeżeli produkcja nawozów będzie przenosić się poza Europę — zapłaci rolnik.
Jeżeli energia pozostanie droga — zapłaci rolnik.
Jeżeli europejskie przetwórstwo będzie coraz mniej konkurencyjne — zapłaci rolnik.
I dlatego rolnicy, przetwórcy i polski przemysł powinni mówić o tym wspólnie.
Nie chodzi o wybór:
klimat albo rolnictwo.
Chodzi o to, żebyśmy nie musieli wybierać między ochroną środowiska a własną gospodarką.
Bo jeśli Europa chce być zielona, musi być również silna, produkująca i konkurencyjna.
Emisje można ograniczać. Ale nie możemy pozwolić, żeby wraz z nimi z Europy wyjechała produkcja, miejsca pracy i bezpieczeństwo żywnościowe.
Źródła i dane:
Grafika wykonana przy użyciu sztucznej inteligencji.