Kulig jedzie! Zje, wypije i pojedzie!

Kulig jedzie! Zje, wypije i pojedzie!

Któż z nas nie uczestniczył choć raz w kuligu? Sanie, sanki, mroźny powiew na twarzy, rześkie powietrze, pokrzykiwania i śmiechy, rżenie koni. A po przejażdżce ognisko, pieczone kiełbaski, rozmowy i radość powodowana wspólnym przebywaniem na świeżym powietrzu.

 

Wszyscy więc, jeśli przypadek zdarzy, możemy przyjrzeć się tym wyprawom lub nawet wziąć w nich udział: smętny konik ciągnie wówczas kilka saneczek, na których pokrzykują radośnie przyszli konsumenci kiełbasek. Jest dużo przyjemności, lecz, rzecz jasna, takie kuligi to tylko swawole w cokolwiek dziecinnych portasach i niewiele mają wspólnego ze swymi dawnymi odpowiednikami – tak opisuje w  "Kalendarzu polskim" kulig Józef Szczypka.  Nie różni się on zbytnio od tych dzisiejszych.  Jednak co Szczypka ma na myśli pisząc: niewiele mają wspólnego ze swymi dawnymi odpowiednikami?

 

No właśnie! Skąd wziął się zwyczaj urządzania kuligów i czy faktycznie te dzisiejsze maja się nijak do tych organizowanych przed laty? Przeczytajcie i sami oceńcie.

 

Była to zabawa zapewne tak dawna, jak dawno zasiały się dwory i dworki szlacheckie na równinach Wielko i Małopolski. Corocznie bowiem w zapusty, gdy sanna dopisała a młodzież nie była na wojnie, w każdej prawie okolicy czy powiecie urządzano kulig, który zastępował nieznane wówczas jeszcze zabawy karnawałowe miejskie. Sama nazwa "kulik", "kulig" powstała już przed kilku wiekami i nie jest zupełnie łatwą do wyjaśnienia. Jedni sądzili, że pochodzi od wyrazu kul, kulig znaczącego snop czegoś, a w danym razie kompanię zebranych na zabawę sąsiadów. Inni wywodzą  od czeskiego wyrazu koleg, czyli krążek a inni znowu twierdzą, że początek nazwie dała "kula" czyli "krzywuła", tj. laska zakrzywiona, jaką obsyłano niegdyś od domu do domu, zwołując wiece powiatowe, a może w danym wypadku jako hasło do kuligu  –  wyjaśnia Zygmunt Gloger w "Encyklopedii Staropolskiej".

 

Od XVI do  XIX wieku kulig był karnawałową zabawą szlachty, organizowaną w okresie od świąt Bożego Narodzenia do Środy Popielcowej. Jednak najczęściej był urządzany w ostatnim tygodniu karnawału. Jego celem była wspólna sąsiedzka zabawa. Przygotowania trwały często kilka tygodni. Plan jazdy kuligu był dokładnie przemyślany. Osoby biorące w nim udział przebierały się  na ludowo. W jego trakcie odgrywano chłopskie wesele. Odgrywane postacie to: starosta i starościna, organista i organiścina, państwo młodzi, drużbowie i druhny, żyd z żoną oraz młynarz z żoną. Nieodłączną postacią był również arlekin zapowiadający przybycie kuligu. Miał on na twarzy czarną maskę.

 

Kulig zaczynał się zwykle od rozesłania wśród uczestników kuliście zakrzywionej laski, zwanej "kulą". Był to sygnał do zbiórki, która miała miejsce w domu jednego z organizatorów lub w karczmie. Stamtąd Arlekin wyruszał w pojedynkę do gospodarza, który miał być odwiedzony jako pierwszy, by poinformować go o rychłej wizycie. Wpadał na ganek lub do pokoi dworu i krzyczał: "Ej! kulig! kulig!" lub "Kulig jedzie! Zje, wypije i pojedzie!". Następnie wracał na miejsce zbiórki i prowadził  kolorowy korowód.  Wyruszano tak, by dotrzeć do celu o zmroku. Poprzez śniegi mknęły liczne sanie, a w nich śpiewali, grali, trąbili w rogi, pokrzykiwali i śmiali się "weselnicy".

 

Ale wesele nie wyglądało na wesele. Mniej skore do żartów białogłowy nie rezygnowały oto z brylantów i soboli, sanie wyginały swe przody ozdobione wspaniałymi smokami, orłami i łabędziami, a konie o grzywach farbowanych na zielono lub czerwono mknęły w świetnie dobranych dryjach (trójkach), kwatrach (czwórkach), cugach (szóstkach) czy wreszcie najbardziej może kuligowych - szpicach (cztery konie ustawione jeden za drugim) – tak opisuje ten nietypowy korowód  Szczypka.

 

Gdy kulig dotarł na miejsce, odbywał się cały spektakl na progu odwiedzanego domostwa. Gospodarz witał "weselników", a oni  gospodarza. Po oficjalnych powitaniach udawano się, tańcząc najczęściej poloneza, do dworku, by świętować i bawić się.

 

Odbywało się jakby wielkie przedstawienie: panowie grali plebs przed panami - i tylko pito i jedzono podczas tych spektakli jak najbardziej prawdziwie, a przy tym nie wzorując się na upodobaniach chłopskich – autor "Kalendarza polskiego" w tak sposób podsumowuje całą tę zabawę.

 

W jednym miejscu niecodzienni goście przebywali od jednego do kilku dni. Gdy kulig chciał odwiedzić kolejny dwór, koło południa arlekin ruszał, by poinformować zainteresowanych o wizycie. Gdy wykonał swe zadanie wracał po "weselników" i ruszano w drogę w powiększonym składzie. Zabierano ze sobą osoby, u których ucztowano.

 

Kulig wędrował od dworu do dworu powiększając się coraz bardziej. Bawiono się tak w coraz większym gronie kilka, a nawet kilkanaście dni. Zabawa kończyła się u osoby, która zwołała kulig najczęściej we Środę Popielcową.

 


Anna Kołcon 

 

W opracowaniu tekstu pomocne były następujące pozycje:

Janusz Chojecki, Kulig, s. 2-4.

Zygmunt Gloger , Encyklopedia Staropolska, tom III, s. 117

Józef Szczypka, Kalendarz polski, s. 13-15

 

Fot. pixabay.com


Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.