środa
| 23 października 2019

Niestety przez wiele miesięcy prania mózgów wielu ludzi, zwłaszcza oglądających stację TVN, dało się ogłupić do tego stopnia, że byli gotowi linczować leśników, PiS i wszystkich tych, którzy byli zdania, że trzeba podjąć natychmiastową walkę z kornikiem drukarzem. Pośród zwolenników działań leśników w Puszczy Białowieskiej znajdowała się również przytłaczająca większość mieszkańców regionu. Dlaczego popierali leśników, ich wiedzę i zaangażowanie? Między innymi dlatego, że na ich oczach zamierały ogromne połacie lasu, znikały z krajobrazu potężne zielone świerki, zastępowane z każdym
tygodniem przez świerki uschnięte, pozbawione igliwia, niedające cienia, które tworzyły coraz bardziej smutny, wręcz koszmarny krajobraz katastrofy i spustoszenia.


Tak naprawdę wszystko wzięło swój początek od zwyczajnego, aczkolwiek bezkompromisowego chciejstwa. Polegało ono ni mniej,
ni więcej, a w zasadzie tylko i wyłącznie, na ubzduraniu sobie przez nieliczną grupę osób, że cała puszcza powinna zostać objęta granicami parku narodowego. Ktoś zapyta, jak niewielka to grupa? To kilkadziesiąt osób, może nawet kilkaset, ale jakie to może mieć znaczenie
w obliczu wielomilionowej polskiej społeczności? Jakie to mogło mieć znaczenie wobec wielotysięcznej społeczności regionu Puszczy Białowieskiej? Oczywiście znikome, potrzebne były rozwiązania nietypowe, czyli manipulacja, kłamstwo, agresja, szantaż, przemoc i oczywiście ktoś, kto to wszystko nagłośni pod szyldem szczytnego celu.


Cały proces rozpadu Puszczy Białowieskiej wydaje się być dobrze zaplanowany, zorganizowany i dokonany.

Zacznijmy od początku.


Od dłuższego czasu, jeszcze w pierwszej dekadzie XXI w., Podlaski Oddział Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot wnosił o nieusuwanie drzew zasiedlonych przez kornika drukarza. Te żądania spotykały się z notoryczną odmową, aż w końcu pisma trafiły na podatny grunt i w roku 2008 ówczesny Dyrektor Generalny Ochrony Środowiska zakazał leśnikom usuwania drzew zasiedlonych przez agresywnego owada. Nie trzeba było długo czekać na efekty. Coraz więcej drzew było zarażanych i zabijanych, gdyż jedyną skuteczną metodą walki z kornikiem jest wycinanie zasiedlonych drzew i usuwanie ich poza las, ewentualnie wycinanie, korowanie i zakopywanie kory. Wspomniałem, że wywołanie gradacji sprawia wrażenie działania zaplanowanego. Dlaczego? Otóż dokładnie w tym samym roku 2008 Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wyemitowała komiks o Puszczy Białowieskiej pod tytułem „Blues żubra” (dostępny wciąż w sieci – do ściągnięcia ze strony organizacji), który nie dość że przedstawiał leśników jako pijaków, to na dodatek sugerował, że leśnicy „zarażają” świerki kornikiem, by później ścinać drzewa w celu ich spieniężenia.


Co jest w tym zastanawiającego?

Otóż to, że działacze organizacji pozarządowej najwyraźniej zdawali sobie sprawę z tego, iż zaniechanie walki z kornikiem doprowadzi do gradacji i usychania ogromnej ilości drzew. Dlaczego zatem wciąż bronią rozwoju kornika, otaczają go swoistą estymą i to aż po dziś dzień?
Czyżby chodziło o doprowadzenie lasu do tak złego stanu sanitarnego, by tym sposobem wymusić oddanie całej już tym razem puszczy pod park narodowy? Hipotezy można snuć różne, ale ta właśnie wydaje mi się jedyną sensowną.


Stało się jednak coś innego, społeczeństwo regionu nie chce rozszerzenia parku, a taka decyzja właśnie od niego zależy, a ściślej rzecz ujmując – od rad gmin. Pojawiały się nawet głosy, by pozbawić rady gmin możliwości decydowania w tym zakresie na mocy nowelizacji ustawy, a jakże!


Jak to wygląda dzisiaj?

Co osiągnęli aktywiści broniący kornika i gradacji? Aktywiści osiągnęli całkiem sporo. Poprzez socjotechniczne sztuczki zdobyli serca wielu Polaków i nie tylko Polaków. Pokazali się jako „obrońcy dziewiczej puszczy”, pieniądze wspierające ich działalność spływały zewsząd niemałym strumieniem, sypały się nagrody, błyszczeli na ekranach telewizorów, ciesząc się jak dzieci i przekonując wszystkich o tym, że presja ma sens i że puszczę udało się uratować przed pazernością leśników, zbierając gromkie oklaski i słowa uznania z całego świata. A jak wygląda rzeczywistość? Niczego nie obroniono prócz kornika. Ogromne ilości starodrzewi świerkowych, w tym drzew o rozmiarach pomnikowych, a nawet pomników przyrody padły ofiarą ich osobliwych wyobrażeń o „dzikim lesie”, a tym samym ofiarą kornika.


Do chwili obecnej zamarło ponad 1,5mln drzew o ogromnej wartości kapitałowej. Jest jednak coś jeszcze. Aktywistom nie wystarczyło, że pośrednio przyczynili się do zniszczenia tych drzew, ujmując się za kornikiem. Po dziś dzień, gdy tylko pojawia się temat sprzedaży drewna z lasów gospodarczych, podnosi się krzyk, że leśnicy są znów pazerni i chcą „rżnąć puszczę na deski”.
Drzewa i tak są wycinane w ogromnych ilościach, choćby ze względów bezpieczeństwa. Ilość martwej materii zalegającej na wielu obszarach leśnych nie tylko przeczy zdrowemu rozsądkowi, ale wyraźnie szpeci las i zniechęca wielu turystów do odwiedzenia tego miejsca w najbliższym czasie, czyli znów oznacza straty. Tym razem w turystyce.


Wielkimi zapomnianymi przez wszystkich są jednak wciąż mieszkańcy. Można by odnieść nawet wrażenie, że to źle, że tu od wielu pokoleń mieszkają i żyją. Patrzą na gnijące drewno, ale nie wolno im go ruszyć, bo nadleśnictwa tak zostały zblokowane socjotechniką, medialną hucpą oraz międzynarodowym klinczem prawnym, że nie mają możliwości pozyskania tego drewna celem jego dalszej sprzedaży.


Czy to gospodarne, gdy ludzie patrzą na gnijący majątek warty obecnie setki milionów złotych, gdy nadleśnictwa są dofinansowywane z Funduszu Leśnego (takie są zasady w przypadku nadleśnictw deficytowych, by utrzymywać jednakowy poziom zarządzania i gospodarowania lasami w Polsce), choć w praktyce mogłyby to być nadleśnictwa dochodowe?


Czy ktoś kiedyś odszuka winnych i potraktuje ich zgodnie z literą prawa z tytułu spowodowania ogromnych strat, jakie dotknęły Skarb Państwa? Z tytułu krzywd i niepotrzebnych dodatkowych kosztów ponoszonych przez mieszkańców, zmuszonych do zakupu drewna z dalszych okolic?


Z tytułu strat w ruchu turystycznym? Z tytułu strat wizerunkowych regionu? Z tytułu szykan i pomówień, z jakimi musieli zmierzyć się leśnicy?


To są oczywiście pytania retoryczne, ale straty nie są już retoryczne i wciąż rosną. Drewno wciąż gnije, a aktywiści bawią się świetnie, szukając już kolejnych lasów, dzięki którym znów będą błyszczeć na szklanym ekranie, a pieniądze znów poleją się szerokim strumieniem z całego świata.

Artur Hampel
materiał magazynu Świat Rolnika BIZNES
fot.:Artur Hampel


Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.