poniedziałek
| 16 września 2019

Zaczęło się w roku 1989, kiedy to w ręce SugarPol trafiły cukrownie w Ostrowitem i Unisławiu. Nazwa spółki zmylić mogła najtęższe umysły, ponieważ człon „Pol” nie sugerował przecież, że głównym udziałowcem jest tu firma British Sugar. Spokój nie trwał długo. Mimo prób stabilizacji sektora, w roku 1999 decyzją Sejmu RP zdecydowano o wstrzymaniu prowadzonych przez dekadę działań restrukturyzacyjnych i skupiono się na utworzeniu narodowego holdingu, któremu nadano nazwę Krajowej Spółki Cukrowej. Grupa powstała faktycznie w roku 2002 i kontrolowała 27 cukrowni, co przekładało się na 40% udziału w krajowej produkcji i eksporcie.


Już wówczas podnosiły się głosy o niepokojącym trendzie, który w przyszłości spowodować miał utratę kontroli nad rynkiem cukru w Polsce. Cukrownie, które nie weszły w skład Krajowej Spółki Cukrowej, trafiły w ręce francuskiego koncernu Saint Louis Sucre, który już po kilku miesiącach, bo w roku 2001, odsprzedał pakiet większościowy niemieckiemu gigantowi – spółce Südzucker. Sami tylko Niemcy kontrolowali wówczas 16 cukrowni tworzących przed procesem prywatyzacji Śląską Spółkę Cukrową (16 zakładów produkcyjnych). Pozostałe firmy przeszły natomiast w ręce czterech koncernów: British Sugar, Overseas, Pfeifer & Langen oraz Nordzucker. Część z tych firm rozdaje karty na polskim rynku do dziś.


Na efekty nie trzeba było długo czekać. O ile w roku 2000 w Polsce funkcjonowało 78 cukrowni, o tyle w 2006 było ich zaledwie 40. Zagraniczni inwestorzy bez skrupułów zamykali nierentowne lub rentowne zakłady i dążyli do maksymalnej koncentracji obszarowej sektora. Naturalną konsekwencją był nagły spadek liczby plantatorów buraków cukrowych, zmniejszenie powierzchni upraw, ale jednocześnie także wzrost wydajności z hektara produkcji rolnej – kosztem, rzecz jasna, jakości. Tereny uzależnione wcześniej od obecności zakładów cukrowych znalazły się w trudnej sytuacji wynikającej z lawinowego wzrostu bezrobocia.
W 2004 r. sektor cukrowniczy w Polsce liczył już tylko na cud. Taki nadejść miał z najbardziej nieoczekiwanego kierunku, jakim było przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. W związku z akcesją nowych państw członkowskich Unia Europejska stwierdziła, że należy zrobić porządek ze wspólnotową nadprodukcją cukru. Właściwe decyzje podjęte zostały w roku 2006 i opierały się na wprowadzeniu wielomilionowych rekompensat za zamykanie cukrowni wraz z ich demontażem. Nie trudno się domyślić, że największym przegranym tej polityczno-gospodarczej układanki okazała się Polska. Aż do roku 2013 w Unii Europejskiej obowiązywały restrykcyjnie respektowane kwoty produkcyjne. Spowodowało to spadek liczby cukrowni w Polsce do zaledwie 13 (z 78 w roku 2000!). Co ciekawe, kiedy polski rynek został osłabiony, Unia w swojej wspaniałomyślności zdecydowała się na… reformę Wspólnej Polityki Rolnej i zniesienie limitów produkcyjnych. Wtedy jednak było już za późno, bo lwia część rodzimego rynku od lat należała do spółek o przeważającym kapitale… niemieckim.


Warto wspomnieć, że w okresie tak zwanego demontażu polskich cukrowni na części pierwsze należało rozebrać nawet maszyny, które – jak łatwo było to wyśledzić – trafiały do zakładów za naszą zachodnią granicą. Treść unijnego przepisu brzmiała wówczas następująco: „W przypadku całkowitego demontażu urządzeń produkcyjnych za każdą wycofaną tonę kwoty wypłacono rekompensatę z funduszu restrukturyzacyjnego w wysokości 730 EUR/t”. Stawka pomocy restrukturyzacyjnej była identyczna w roku 2007/2008, ale w późniejszym okresie uległa obniżeniu do625 EUR/t w roku 2008/2009 oraz do 520 EUR/t
w czwartym i ostatnim roku programu – 2009/2010. Ów „demontaż” – jak słusznie zauważali publicyści – mógł przecież zyskać miano „likwidacji”, „wygaszania” czy jakiegokolwiek innego sformułowania niedającego niemieckim koncernom szansy na – dosłowne! – rozmontowanie polskich zakładów produkcyjnych. Najszerszym echem odbiła się likwidacja cukrowni w Górze Śląskiej.


Decyzję o rozmontowaniu maszyn niemiecka spółka Pfeifer & Langen podjęła już w 3 miesiące po ogłoszeniu unijnej deklaracji. Jeden kwartał to stosunkowo niewiele na podjęcie kroków, których skutki liczone są w dziesiątkach milionów euro. Czy niemieccy inwestorzy mogli wiedzieć wcześniej, jakie rewelacje przygotują unijni dygnitarze? Tego nie dowiemy się nigdy. Faktem jest jednak, że cukrownia przestała istnieć w rzeczone 3 miesiące. Byłby to zrozumiały ruch, gdyby okazało się, że zakład nie przynosi zysku, że jego obroty spadają, że infrastruktura jest niewydolna, a plantacje znacznie oddalone od cukrowni.
Wtedy rozpoczęła się prasowa karuzela. W lokalnych i ogólnopolskich mediach pojawiały się informacje, jakoby – co jest wierutnym kłamstwem – cukrownia od dwóch lat nie produkowała niczego oraz że odległość od plantacji buraków generuje zbyt wysokie koszty transportu. Fakty były zupełnie odwrotne. Nie dość że zakład po modernizacji zużywał znacznie mniej energii niż inne mu podobne, to dodatkowo plasował się w ścisłej czołówce, biorąc pod uwagę skalę i wydajność produkcji.


Skąd zatem wzięła się decyzja o likwidacji – przepraszam… demontażu – tego akurat konkretnego zakładu. Przecież w portfelu Pfeifer & Langen już wówczas znajdowały się inne, mniej rentowne cukrownie. Odpowiedź jest prosta. Unijna rekompensata za zaprzestanie produkcji w tym konkretnym zakładzie wynosiła wówczas około 50 mln EUR. To o 6 mln EUR więcej niż można było zyskać na likwidacji kolejnej pod względem rentowności cukrowni należącej do niemieckiej spółki. Do tego dochodziła oczywiście możliwość sprzedaży lub relokacji zdemontowanego sprzętu, który do najtańszych nie należał.


Sprawą zainteresował się starosta. Jego uwagę zwrócił zwłaszcza argument dotyczący „braku możliwości rozbudowy kompleksu produkcyjnego”. Starosta miał rację, ponieważ w cukrowni był i na własne oczy zobaczył, że teren zakładu okalają hektary nieużytków rolnych. Z dokumentów wynika, że w tym samym czasie rzekomo łatwiej rozbudować było zakład znajdujący się w samym centrum Gostynia. Saga z firmą Pfeifer & Langen ciągnie się w nieskończoność.
Podobnie zresztą jak z innymi niemieckimi spółkami cukrowymi działającymi na terytorium Polski. W ubiegłym roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta rozpoczął bowiem procedurę weryfikacyjną wobec innej niemieckiej spółki – Südzucker.

 


„Jest to jeden z czterech producentów cukru w Polsce, działa na południu kraju, gdzie pozostałe spółki cukrownicze nie posiadają swoich zakładów. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że przedsiębiorca mógł wykorzystywać swoją przewagę negocjacyjną wobec dostawców buraków cukrowych – w niejasny sposób ustalać ceny oraz stosować zbyt długie terminy płatności”

 

– czytamy w komunikacie UOKiK.


Urząd rzeczywiście zakwestionował terminy płatności oraz fakt, że poza ceną gwarantowaną rolnicy nie mieli możliwości wyliczenia dodatkowych kwot uzyskiwanych ze sprzedaży swoich towarów. Te kreowane były na podstawie cen sprzedaży z zakładów ulokowanych w całej Europie oraz stawek wynegocjowanych przez niemieckich plantatorów – z pominięciem naszych rodaków.


Także dziś polski rynek cukru polski jest tylko z nazwy. Spółka Nordzucker Polska SA posiada nad Wisłą dwie cukrownie, Pfeifer & Langen Polska SA – 4 cukrownie, Südzucker Polska Sp. z o.o. – 5 cukrowni. W rękach kapitału krajowego wciąż pozostaje jednak Krajowa Spółka Cukrowa, która kontroluje 7 zakładów produkcyjnych. Ale tak – Polska cukrem stała.

 

Jacek Podgórski
fot.:Pixabay


Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.