Logo Świat Rolnika


Hodowla

Zwierzęta futerkowe, a sprawa polska – czyli dlaczego minister Ardanowski ma rację?

Jan Krzysztof Ardanowski zapowiedział wycofanie z projektu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt zapisu dotyczącego likwidacji polskiego przemysłu futrzarskiego. To doskonała wiadomość dla polskiego rolnictwa, polskiej wsi i rodzimej gospodarki.

„Utrzymamy hodowle zwierząt futerkowych” – powtarza od kilku dni nowy minister rolnictwa i Rozwoju Wsi. To miód na uszy polskich rolników, którzy od kilku lat żyli w niepewności względem planowanych rozwiązań legislacyjnych. W listopadzie ubiegłego roku grupa posłów PiS pod przewodnictwem Krzysztofa Czabańskiego złożyła projekt uderzający w silne branże polskiego sektora rolno-spożywczego (bliźniaczy projekt złożyła grupa posłów PO. Wówczas wnioskodawcą był poseł Paweł Suski), postulując likwidację hodowli zwierząt na futra oraz uboju zwierząt na potrzeby wspólnot religijnych. Projekt powstawał w ramach prac Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół zwierząt przy aktywnym współudziale i z inicjatywy aktywistów ekologicznych, czego parlamentarzyści nigdy nie ukrywali. Absurd gonił tu absurd. Nie dość wspomnieć, że pierwotna wersja projektu zakładała vacatio legis przewidziane na 1 stycznia 2018 roku, dawała zatem hodowcom 2 miesiące na zamknięcie ferm i zaprzestanie produkcji. Nikt nie myślał wówczas o ludziach, którzy stracą pracę i rodzinach, które czekałoby niechybne bankructwo.

Działania posłów i aktywistów prozwierzęcych odczytywać należało jako – oby nieświadomy – sabotaż gospodarczy. Jaki sens ma bowiem likwidacja sektora zatrudniającego ponad 13 tys. osób bezpośrednio na fermach i około 50 tys. w branżach kooperujących, eksportującego towary za około 1,5 mld zł, generującego istotną wartość dodaną polskiej gospodarki? Warto przyjrzeć się także kwestii umiejscowienia hodowli zwierząt na futra w łańcuchu produkcji rolnej. Istotnym czynnikiem jest wartość utylizacyjna norek amerykańskich (ponad 98% rodzimej produkcji okrywy włosowej zapewnia ten właśnie gatunek), które żywią się ubocznymi produktami pochodzenia zwierzęcego kat. II i III, czyli – mówiąc obrazowo – tym, co nie nadaje się do spożycia przez człowieka, a co stanowi pozostałość po produkcji drobiu czy przetwórstwie rybnym. Jak informowała na początku ubiegłego roku ówczesna wiceminister rolnictwa Ewa Lech, zwierzęta futerkowe utylizują w formie paszy ponad 700 tys. ton ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego, co przekłada się na zysk dla producentów drobiu i ryb w wysokości około 1 mld zł rocznie. Tę kwotę wielokrotnie przywoływał w ostatnich dniach także sam minister Ardanowski. Dziś strumień pieniędzy płynie od hodowców zwierząt na futra do drobiarzy i przedstawicieli branży rybnej, którzy sprzedają fermom futrzarskim swoje pozostałości poprodukcyjne. Gdyby hodowle norek amerykańskich zniknęły z rolniczej mapy Polski, odpady musiałyby zostać zutylizowane w sposób konwencjonalny, czyli po prostu spalone. Spalone zresztą ze szkodą dla środowiska naturalnego.


Polub Świat Rolnika na Facebooku i bądź na bieżąco


Zastanawiający jest tu wątek samych firm utylizacyjnych, dla których producenci zwierząt hodowanych na futra są jedyną konkurencją w rywalizacji o surowiec. Po decyzjach UOKiK i zgodzie na przejęcie przez niemiecką spółkę Saria trzech polskich firm zajmujących się utylizacją odpadów: Eko-Stok, Kemos i Struga S.A., w rękach samej tylko Sarii znalazło się ponad 50% polskiego rynku odpadów. Warto jednak zauważyć, że Saria jest częścią wielkiej niemieckiej spółki Rethmann (jej obrót wyniósł w ubiegłym roku 8 mld euro), która kontroluje ponad 90% rynku odpadó.

Nagranie z serwisu YouTube zatytułowane Przychodzi utylizator do ekologa rzuciło nowe światło na sprawę motywacji aktywistów względem wprowadzenia w Polsce zakazu hodowli zwierząt na futra. Prezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – jednego z najprężniej działających stowarzyszeń prozwierzęcych w Polsce – przyznaje, że spotkała się z przedstawicielem firmy Saria. Uznano wtedy, że oba środowiska łączy wspólny cel, czyli walka z polskim przemysłem futrzarskim. W tej sprawie zgłaszane były liczne interpelacje, ale także zawiadomienia do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy Centralnego Biura antykorupcyjnego. Służby do dziś badają sprawę, analizując czy nie miało tu dojść do próby wrogiego przejęcia. Sytuacja ta jednak łudząco przypomina to, co w ostatnim ćwierćwieczu działo się z polskim sektorem cukrowniczym, stoczniami, plantacjami chmielu czy z górnictwem.

Zwolennicy wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych celowo pomijają także argument dotyczący funkcjonowania rynku. Jeżeli – teoretycznie – fermy zostałyby w Polsce zdelegalizowane, z pewnością przeniosłyby się one do innych krajów. Informacje prasowe płynące z Ukrainy jednoznacznie nakłaniały tamtejszych rolników do inwestowania w fermy futrzarskie ze względu na niestabilną sytuację w naszym kraju. W związku z embargiem na drób na linii UE-Rosja, Rosjanie zaczęli inwestować w fermy drobiu. Znaczne ilości surowca do skarmiania zwierząt futerkowych doprowadziły do dynamicznego rozwoju branży w tym kraju. Wielki potencjał wciąż cechuje chińską gospodarkę, która według wielu analiz stała się największym producentem skór zwierząt futerkowych. Wciąż rozwijają się rynki skandynawskie, a Grecja i Portugalia zwracają 50% kosztów inwestycji w przypadku budowy w tych krajach ferm zwierząt futerkowych.

Rynek ten od lat cieszy się stabilnością w relacji popytu i podaży. Polska jest światowym liderem w kwestii jakości produkowanego surowca, co potwierdzają wyniki ze światowych aukcji w Kopenhadze, Helsinkach, Toronto czy Seattle. Wysokie standardy panujące na polskich fermach przekładają się wprost na zyski osiągane rokrocznie przez rodzimych przedsiębiorców. Tu upada kolejny argument „ekologów”, którzy uważają, że warunki dobrostanowe zwierząt są w Polsce urągające. Powtórzę zatem: im wyższe warunki hodowli, im zdrowsze zwierzę hodowlane, tym wyższy zysk dla producenta. Warunki panujące w rosyjskich, chińskich czy ukraińskich hodowlach nijak mają się do standardów obowiązujących w naszym kraju. Skala kontroli weterynaryjnych także każe spojrzeć przychylnym okiem na racje rolników. Główny Inspektorat Weterynarii kontroluje rocznie około 3% gospodarstw utrzymujących zwierzęta. W przypadku hodowli zwierząt na futra, z racji statusu działu specjalnego produkcji rolnej, współczynnik ten wynosi 97%. Także Najwyższa Izba Kontroli wskazuje na permanentną poprawę warunków panujących na fermach.

Minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski postawił się silnemu lobby zachodnich firm oraz manipulacjom organizacji pseudoekologicznych i wygrał. Na tym jednak batalia się nie kończy. Resort zapowiedział wzmożone działania względem wprowadzenia systemu obowiązkowych certyfikatów hodowli. Ten ruch doprowadzić może do upadku gospodarstw nie spełniających wyśrubowanych norm jakości regulowanych polskim i unijnym prawodawstwem, ale jednocześnie służyć on może ustabilizowaniu trudnej sytuacji, w której znaleźli się polscy hodowcy.

Jacek Podgórski
Dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej

 

Fot. Kancelaria Premiera/flickr.com

 

Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.