Finanse

Czy otwarcie Rosji faktycznie jest szansą dla polskiego rolnictwa?

Rosyjskie embargo dało się mocno we znaki polskim rolnikom i sadownikom, którzy z tego powodu ponieśli ogromne straty. Od czasu do czasu słyszy się, że Polska powinna dążyć do współpracy z Rosją, aby jej rynki znowu były otwarte. Czy faktycznie jest to szansa dla polskiego rolnictwa?

Sankcje na produkty UE zostały wprowadzone w 2014 roku jako odpowiedź na unijną politykę wobec Moskwy w związku z jej działaniami na Ukrainie i aneksję Krymu. Objęły one szereg produktów rolno-spożywczych, a Polska oberwała zakazem wwozu jabłek, pomidorów, kapusty, pieczarek, serów, masła, wieprzowiny oraz drobiu. Niedawno Władimir Putin przedłużył sankcje na polskie produkty do końca 2019 roku.

Straty związane z embargiem były dotkliwe, ale nie tak ogromne jak można było się spodziewać. Co prawda zabronione produkty stanowiły aż 65 procent polskiego eksportu rolno-spożywczego do Rosji, jednak w całkowitych przychodach przemysłu rolno-spożywczego w Polsce stanowiły one 1,2 procent. Podobne ograniczenia wprowadzone zostały w latach 2005-07 oraz w roku 2011, w związku z czym jeszcze przed wprowadzeniem embarga producenci rolni zaczęli poszukiwać nowych rynków zbytu. Ponadto słabnący wobec złotówki rubel znacznie ograniczał konkurencyjność polskich produktów, które zaczęłyby być wypychane z rynku w sposób naturalny, gdyż aby zachować zyski producentów, musiałyby być droższe. Dochodzi do tego jeszcze kwestia ograniczeń związanych z ASF-em.

Jak ocenia Związek Przedsiębiorców i Pracodawców rola Rosji w eksporcie Polski była, mimo wszystko, przeceniana. Część produktów znalazło swoje uznanie w Azji i innych krajach Unii Europejskiej (mowa tutaj przede wszystkim o drobiu, który korzysta z kolejnych rozwijających się rynków, a także zastąpił drób brazylijski na stołach UE - jego sytuacja i perspektywy wyglądają naprawdę dobrze). Warto jednak podkreślić, że ZPP wziął pod uwagę głównie całościowy eksport, a nie branżę rolno-spożywczą, nie mówiąc już o konkretnych gałęziach.

Oczywiście, nie dla wszystkich polskich produktów udało się znaleźć alternatywne rynki zbytu. Raport banku BGŻ BNP Paribas wskazuje, że nie do końca jest tak różowo, a branża rolno-spożywcza "oberwała" mimo wszystko dość mocno. Polskie jabłka były stricte dostosowane pod gusta rosyjskie, natomiast nie chcą ich kupować np. Chińczycy, którzy wybierają droższe, ale bardziej im smakujące jabłka z USA czy Nowej Zelandii. Sytuacja sadowników jest zdecydowanie najtrudniejsza, bowiem cykl produkcji jabłka jest wieloletni, a obecne nadwyżki na rynku nie dają nadziei na wzrost cen w skupach, jeśli nie nastąpi katastrofa naturalna. A nie o to przecież chodzi.

Jeśli doszukiwać się jakichkolwiek plusów wprowadzonego zakazu, to z pewnością dał on impuls polskim przedsiębiorcom do poszukiwania nowych rynków zbytu, przede wszystkim w Azji i Afryce, które to rynki są bardzo przyszłościowe i perspektywiczne, a w dłuższej perspektywie z pewnością mogą przynieść więcej korzyści niż Rosja, która marzy o "samowystarczalności".

Kwestią podnoszoną przez branże dotknięte embargiem jest powrót polskich produktów na rynek rosyjski. Mówi się, że powinno stać się to kosztem stosunków Warszawy z Brukselą, gdyż kwestia eksportu i rodzimej gospodarki jest znacznie ważniejsza. Czy jednak takie podejście ma jakikolwiek sens poza wymachiwaniem szabelką?

Błądem jest jednak myślenie o Rosji jako o kraju, który jest taki sam jak 4 lata temu, przed wprowadzeniem embargo. Rosjanie są narodem twardym, ale mimo wszystko musieli coś przez cały ten okres jeść. Stosunkowo szeroki zakres geograficzny krajów objętych zakazem sprawił, że Moskwa miała ograniczone możliwości posiłkowania się importem żywności z krajów trzecich, jedynym rozwiązaniem było więc zwiększenie krajowej produkcji mięsa, ryb, mleka, owoców oraz niektórych warzyw.

Władimir Putin odkręcił więc kurki z państwowymi dopłatami dla rolnictwa, a nad Wołgą wyrosły gigantyczne fermy drobiu i trzody chlewnej, a na południu Syberii miliony hektarów sadów wchodzą właśnie w okres owocowania. Cały niedobór rynku w zakresie mięsa drobiowego i wieprzowego został już zastąpiony krajową produkcją. Miliardy rubli wpompowane w produkcję żywności nie mogą pozostać bez wpływu nie tylko na sam rynek rosyjski, ale na całą światową produkcję żywności.

Zgodnie z przewidywaniami analityków, Rosja w niedługim czasie może stać się jednym z największych eksporterów i kluczowych graczy w przemyśle rolno-spożywczym. Sprzyjać temu będzie, wspomniana już, osłabiona rosyjska waluta. Już teraz zagraniczna sprzedaż żywności z Rosji zajmuje drugie miejsce w strukturze eksportu tego państwa i jest większy niż eksport przemysłu zbrojeniowego, co niedawno wydawało się nie do pomyślenia!

Są jednak dwa sektory rosyjskiego rolnictwa, które nie uzyskały znacznych korzyści na wprowadzeniu embarga - są to gałęzie związane z hodowlą bydła - produkcja mleczarska oraz mięsa wołowego. Mimo wprowadzenia ograniczeń we wwozie mleczarstwo nie potrafiło wykorzystać swojej dominującej pozycji, a jego produkcja w latach 2013-17 wzrosła zaledwie o 0,2 procent. Jest to spowodowane dużym rozdrobnieniem gospodarstw mlecznych. Z kolei w wyniku problemów gospodarczych spożycie wołowiny, która jest najdroższym gatunkiem z mięs, spadło aż o 24 procent, zaś produkcja o 3 procent. Nie wszędzie więc udało się wykorzystać przewagi wynikające z embarga.

Zakaz spowodował też istotne zmiany wśród rosyjskich konsumentów. Nie dość, że musieli oni za podstawowe produkty żywnościowe płacić więcej niż do tej pory, to wielu produktów z oczywistych względów na rynku brakowało. Spadło spożycie wszelkich rodzajów mięsa, które jednak dziś, w roku 2018 wróciło do stanu sprzed embarga.

Wydaje się więc, że upatrywanie zbawcy problemów polskiego rolnictwa w otwarciu rynku rosyjskiego jest znaczną przesadą. Rosja uległa na przestrzeni lat ogromnym przeobrażeniom, jest to zupełnie inny kraj niż w roku 2014. Niektóre sektory mają szansę podjąć nad Wołgą walkę rynkową (zwłaszcza wzrastająca w Polsce produkcja wołowiny - w przypadku wzrostu zamożności Rosjan - a także borykający się z problemami sektor mleczarski), jednak zniesienie embarga nie będzie magiczną różdżką, która rozwiąże wszystkie problemy polskiej produkcji rolno-spożywczej. W mojej ocenie lepiej skupić się na poszukiwaniu nowych rynków zbytu - w Azji czy Afryce - które są znacznie stabilniejsze i bardziej perspektywiczne.

Bartłomiej Orzeł

Fot. Rudi Riet!/CC-BY-SA 2.0/flickr.com

Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.